blog gejowski uczuciowy osobisty
RSS
wtorek, 17 listopada 2009

Ach, no nie wiem, i teraz opisać tą wizytę. Złożyłem wizytę Radkowi aka Babuni. Wszedłem po chybotliwej i zwilgotniałej drabinie-schodkach i wpadłem do przestronnej, widnej i nawietrzonej komuny oświetlanej bozią obłożoną choinkowymi świecidełkami. Bosko.
Ale! Ale! Nie lubię, gdy nie jestem centrum szaleństwa, a tu byłem publiką szaleństwa, umilaczem i zachwycaczem, mówiącym "ach, jaki ładny toster ze zmordowaną myszką miki", na co oni "tak, wiemy, że jest fajna". Nie muszę być wyłącznym centrum, wolę być centrum zamiennym, ale tu nie rozdawano takich ról. Szukali tylko słuchaczy.
Tak więc lekko się w siebie wsunąłem. Wzułem. Zwierzenia utknęły mi w gardle.
Oczywiście patrzyłem, tak tak. To typowe dla Radka - on lubi panować, mieć mnie w ręku. Nie spotka się w kawiarni, gdzie obaj będziemy równi sobie. Nie, on mnie wprowadza między jego rzeczy, do jego miejsca, on włącza muzyczkę i mówi, kiedy się zachwycać.
-Tu teraz Piotrek słuchaj, będzie najlepszy moment.
A ty wtedy coś poczuj!
To uczucie, kiedy trzeba patrzeć - to działa tak umniejszająco, aż boli, po prawo od serca, uwiera.
Mniejsza o to - gdy zawołał ile słodzę, wykrzyknąłem pełną piersią "JEDNĄ" i odzyskałem rezon, mój krzyk miał w sobie siłę i od razu miałem gdzieś jego szumne panoszenia. Zaczął mnie słuchać z pewną nazbyt wystudiowaną pokorą, pijemy herbatę z pajdą miodu i kęsem imbiru, daje mi dojść do głosu, zaczynam czuć spokój.
Ale zaraz się krząta, przerywa, pisze boyfriendowi smsa. "Przepraszam, ja taki roztrzepany". No pięknie, tylko to jego roztrzepanie miało na celu mnie zbić z pantałyku, o czym on dobrze wie, lub to przeczuwa psubracko. Ja zaczynam o sobie, o ważnych sprawach, najważniejszych, chcę wysłuchania. Ale nie, skojarzenia. Zamiast rozmowy po kolei, zamiast dzielenia się sobą - roztrzepanie, igranie skojarzeniami, pogoń napomknień. Psubracka maniera.
-I dobrze, spontan.
-Ja tu potrzebuję planu tego, co chcę Ci powiedzieć. I ten plan rozjedzie buldożerem Twoje roztrzepanie i wtedy zaczniemy rozmowę. Tyle rzeczy ci mam do powiedzenia. Ale my o głupotach, bez przerwy.
-Plany!(zbija mnie z pantałyku)Brzmisz jak mój obciachowy ex-chłopak.
-A co ty byś chciał? Ty mnie traktujesz jak trzy lata temu. Nic się nie zmieniło?
-Trzy lata temu? A ja mam pamiętać co się działo, zaraz, w 2006?
Tak, trzy lata temu mnie pouczał, byłem neurotycznym akolitą wielkiego mistrza życia - Jego. Nic się nie zmieniło.
-Nie rozumiesz, że celowo prezentuję ci się jako upupiony ugrzeczniony? Bo ty narzucasz mi taką formę. Uważasz, że nie doszedłem do tej wiedzy, jaką masz ty. Świadomie wchodzę i wyolbrzymiam obraz, jaki we mnie widzisz.
-Nie wiem, o czym mówisz.
-Oj Jerdoszleł.
-Jaki Jerdoszleł?
Czy on w ogóle zapamiętuje moje słowa? Czy notuje w pamięci to, co się wydarza? Przecież w Sztokholmie odkryliśmy jego prawdziwe imię - Jerdoszleł, dokonaliśmy prawdziwych procesów fonetycznych, tak zgrabnie zatuszowanych, przemilczanych palatalizacji, jotyzacji, labializacji. Oczywiście nie pamiętał. A odkryliśmy jego prawdziwe imię.
Może jestem dziwny, ale nie umiem się zwierzać w pokoju, w którym kręcą się osoby, których nie znam. Gdy lokatorzy komuny wchodzili w amfiladowym roztargnieniu(kiedy wejście do pokoju nie jest ceregielą, bowiem wszystkie pokoje są przejściowe), spoglądałem spojrzeniem "terytorialnym", aż czmychały.
Nic nie poczułem, lekki dreszczyk emocji, przyjemne zaskoczenia meblarskie - ale nic poza tym. Nic mi nie opowiedział o sobie ani ja o sobie. Chciałbym, żeby ta wizyta coś we mnie poruszyła, ale rozmowa zbyt pędziła, bym miał czas pomyśleć.

00:50, guermantes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 listopada 2009

Nie znoszę ekstrawagancji, tj. np kupno bombonierki wydaje mi się na wskroś niepotrzebną ekstrawagancją, lubię za to ekstrawagancje, które są funkcjonalne, nawet jeśli ta funkcjonalność znajduje wyraz w dramatycznym braku funkcji. Ach nie chcę zabrzmieć jak dogmatyk, ale wydaje mi się, że takie mam właśnie poglądy w tym momencie. Planuję np stworzyć sobie obok łóżka mały zwierzyniec, tj. zakupić nadmuchiwane zwierzęta, świnię-skarbonkę i coś jeszcze, co nadaje się do zoo. Biję się ze sobą, bo to byłoby nader niefunkcjonalne(po co mi zwierzyniec?), zajmowałoby tylko miejsce, prawda? Ale z drugiej strony odczuwam głęboką wewnętrzną potrzebę posiadania obok wezgłowia mojego materaca zwierzyńca. Z innych planów, to chciałbym też zbudować mój pokój na podobieństwo twierdzy, stworzyć sieć korytarzy, które by chroniły centrum mojego pokoju, czyli wnękę windziarza(to jest wnękę, powstałą w wyniku przylegania mojego pokoju do toru poruszania windy). Ochrona tego centrum wykonana byłaby z chust lub wielkich płatów materiału; rozważam też zszycie ze sobą damskich sukienek w kwiaty z ciucholandu. Mnie zawsze bardzo podniecało meblowanie. Mój szef jeździ motorem po Europie, mój promotor medytuje nad Cioranem w Bukareszcie, ale ja, naprawdę, widzę siebie spełnionego w meblowaniu. Wiem, że jestem w tym nudny i zastanawia mnie to, mógłbym robić też ciekawsze rzeczy, które odpowiadają mojej naturze, np związać się z facetem, który mówiłby mi co mam robić 24/7 i dawałbym się wiązać i unieruchamiać, przynajmniej od czasu do czasu. Ale czasami zupełnie mnie nie obchodzi, czy mogę się wydać ciekawy, dlatego ślęczę całe godziny nad koncepcją pokoju. W "Nowym Wspaniałym Świecie" podpatrzyłem zwieszającą się z sufitu plątaninę kabli o końcach zakończonych lampkami i pomyślałem, że koncepcja zwieszań wielokrotnych mogłaby się sprawdzić u mnie, zwłaszcza, że znajdowałaby analogię w zwielokrotnieniach zasłon i parawanów. O ile jednak w przypadku budowy zasłon, parawanów z chust łatwo o robocze wytłumaczenie, jakich pragnień może być wyrazem(nieufność do ludzi, chęć skrycia się przed spojrzeniami), o tyle nie wiem jak pojąć chętkę na kotłowaninę z lampek. Wiem tylko, że kotłowanina nie leży mi tak bardzo na sercu, jak to, że żeby wiele rzeczy się zwieszało z sufitu.

22:52, guermantes
Link Komentarze (3) »
środa, 11 listopada 2009
nowy pokoik

Duży parapet sprzyja wielobóstwu. Hello Bozia!

Dziadostwo, jak to dziadostwo - stoi w kącie.

12:01, guermantes
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 listopada 2009

Zazwyczaj pokonuję złe myśli sam na sam, ale tym razem, gdy wróciłem do pustego mieszkania, wyjazd mojego współlokatora mnie nastraszył. Pierwszy raz spotkałem kogoś, kogo moje myśli nudziły i doprowadzały do szału w tak pełny, doskonały sposób. Czułem, że mógłbym nie istnieć i to byłoby dobre. Spotkałem anty-siebie. Gdyby wziąć jedną moją myśl i ją odwrócić, on by ją pomyślał. To straszne, straszne. A najstraszniejsze było to, że on czuł do mnie sympatię i miał w sobie dobrą wolę. Ale nie potrafił mnie wysłuchać. Sprawdzał facebooka i trzy razy wyszedł na fajkę, podczas gdy ja mówiłem o sobie. Czuję, że zagnieździła się we mnie niepewność.
-Dla mnie rozmowa to wymiana darów. Ja mówię o sobie, ty mówisz o sobie. Ja siebie daję Tobie, ty siebie dajesz mnie.
-Dary(śmieje się). Jakie to katolickie.
-Katolickie? A co to znaczy? Sprywatyzowałem ten język.
-Sprywatyzowałeś? Jakie to najntisowe.
-Nie obchodzi mnie, jakie to pojęcie ma znaczenie uniwersalne. Używam go na użytek własny.
I od nowa. I od nowa. Dał mi owoce morze, jakby chciał mnie nimi struć, przełykałem ciężko to nie wiadomo jakie zwierzę z morza, dotykałem je językiem i myślałem ze wszystkich sił, by skryć obrzydzenie. Przez pół godziny w jakimś mysim lęku szukałem drogi powrotu przez lasy i pola Pragi. Jechałem metrem a w moich oczach czaił się strach. Nie widziałem ludzi idących obok, zasłaniała mi ich uszanka, ale czułem, że chcą mnie zrzucić pod pociag.

00:48, guermantes
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
podryw przez fellow

guermantes
Hej hej,
Czy po serii wiadomości, w których spróbujemy wybadać, czy nie jesteśmy dla siebie nudni, wyrażasz chęć zapoznania się?

nieznajomy
prawdopodobnie tak ;)
dobry start! ;)

22:53, guermantes
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 października 2009

Mój kotek-znajda to dżentelmen. Nie wchodzi na stoły, krzesła - wstydzi się. Z kolan umyka. Łapie mnie za serce jego nieśmiałość, która zdradza, że nie czuje, by należało mu się cokolwiek. To nie satrapa, znudzony luksusami pantokrator koci. Pieszczoty i przekąski przyjmuje jako dar, a nie należną mu usługę. Prosi o wszystko, przycupnięty w niemym oczekiwaniu. Nie wiem jeszcze, co oznaczają jego miny, pozy, np przymyka oczy i przebiera łapkami, jakby się ślizgał na podłodze i nie mógł się dobrze oprzeć. Czego te udawane ślizgi są znakami?
W czwartek zadzwonili, że kogoś potrzebują i w piątek dostałem robotę. Muszę się powstrzymywać moje samopasy, to już wiem. Nie mogę pytać "Jakich używata bamboszy do chodzenia po biurze?" albo "Pani kochana, skąd pani wytrzasła ten wisior diwski?", to prawnicy. Jeszcze nie wiem jaką do końca postać przybiorę wobec nich. Nie mogę być w całości sobą, spróbuję jednak przemycać jakieś moje dziwactwa. Może to przejdzie. Z pewnością o przemycaniu samego siebie wiem jednak więcej niż rok temu. Należy uderzać z pewnością siebie - kupią cokolwiek, jeśli tego cokolwiek nie poprzedza wahanie. Dziś np zapytałem "Czy Twój exodus z tego miejsca, Iwono, nosi cechę trwałości?" - coś między mną a mną-dla-nich, jesteśmy pośrodku, może kiedyś będę miał czelność nie krygować się?

23:16, guermantes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 października 2009
Zimnica i Jesienin w jednym spali domku

02:33, guermantes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 października 2009

Moja nowa Bozia z Bałuckiego jest boska! Ha ha! Jestem wniebowzięty, że ją wziąłem. Nie ma twarzy i to jest w niej najlepsze. Zamiast twarzy i rąk Bozi i jezuska spozierają na mnie dwie jamy. Jakby wyrobnik - obrazoburca próbował współżyć ze współobywatelami i porzucił ortodoksję na rzecz obrazów tylko bez twarzy. To sztuka demokratyczna pełną gębą. Myślę nad całą farmą bóź, na którą możnaby poświęcić całą ścianę. Na bałuckim ogarnęła mnie chęć zakupu dużej części mienia wystawionego na foliach. Muszę jednak rozważyć przedzieżgnięcie się w łachmaniarza ad hoc, bo sprzedawcy nie wyceniali towarów, tylko mnie. Muszę ponownie przemyśleć moje poglądy na rupieć. Moja teoria rupiecia nie obejmowała bowiem wielu wystawionych na widok rzeczy: rur od odkurzacza, starych kapci-misi, pilotów od telewizora bez telewizora.

Przełamałem lody z kotem-przybłędą. Wszedł do domu i łaził po nim z godzinę, zadomowił się, zwiedzał szpary, badał miękkość sof, niuchał kuchenne terytoria. Przekupiłem go smyraniem za uszami. Dziś, podczas jazdy do domu, na samą myśl o kocie się rozweseliłem. Nie wiem co się dzieje. Bo oficjalne władze mentalne nie alarmują o żadnej samotności czy jesiennym rozżaleniu. A ja mam motylki w brzuchu od silnikowych mruczand kota przybłędy.

21:49, guermantes
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 października 2009

Omarta napisała, że jest na mnie zła, bardzo zła, ponieważ ją tłamszę.
-Mam napisać o teatralnych rzeczach na festiwalu. Przez ciebie wszystko, co piszę, wydaje mi się banalne, nie takie, jak powinno, boję się napisać cokolwiek, czuję się wszem i wobec zablokowana - pisze do mnie.
-Jestem tak samo zagubiony jak ty, mam ci dać odpowiedź, jak pisać swoim głosem? To jest walka, każdy walczy ze sobą w każdym momencie.
-Zabiję cię. Taki z ciebie pocieszyciel jak z koziej dupy trąbka-wybucha.
No więc pytam się Morriseya o radę na facebooku(przez aplikację Morrisey advice). Morrisey mówi "Daj upust, koleżko, daj jej tego, czego żąda, a już na zawsze pozostaniesz dziubaskiem". Fajnie byłoby pozostać dziubaskiem, dlatego przychodzi mi do głowy świat. Powiedzmy, że z nim rozmawiam. W tej roboczej imaginacji mówię do niego:
-Cześć, jestem doradcą światów, czym mogę pomóc? Chodzisz jak taka ciapa, markotno ci, co? Zmartwiały jakiś, bez życia. Co jest?
-Cześć, doradco drogi, tak mam mały szkopół do rozgryzienia. Potrzebuję głosu omarty, rozumiesz? Autentycznego, samodzielnego, autonomicznego. Nie chcę jakichś przepisywań, imitacji, chcę żeby każdy pisał własnym głosem, w tym omarta. To co ma do powiedzenia jest ważne i muszę to usłyszeć. Proszę, wiem, że jesteś jej znajomym, przekażesz jej to? Powiedz jej, że świat potrzebuje tego, co ma do powiedzenia.

00:31, guermantes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2009

Ostatnimi czasy, a dokładnie od egzaminu na aplikację, znajduję przyjemność w wycofaniu i zamilknięciu. Siedzę w mojej głuszy i zajmują mnie moje myśli, plany, zaspakajanie drobnych potrzeb. Wczoraj i dzisiaj nie wyznaczono, chyba że świat zażąda natychmiastowej kolaboracji - wtedy w mig musi być wiadomo: kto, kiedy i gdzie. W przeciwnym razie - zluzowanie poczucia czasu, czyli samowolka, straszak na planistów. W dzisiejszych czasach, kiedy zimnica jak nie wiem, do szczęścia potrzeba mi drew, kominka i książki. Siadam tam, gdzie bucha ogień i czytam.
To ma niewiele wspólnego z wymuszoną samotnością lat minionych, kiedy tak bardzo pragnąłem obecności i bliskości(ale nie umiałem jej wywołać) kiedy gg miało tak wielkie znaczenie dla moich dni. Teraz to wszystko już odległe i przykre wspomnienie. To ściśle wykalkulowane zamknięcie przynosi małe profity duchowe. Tylko przez krótkie chwile niepokoju kurczowo potrzebuję obecności, co czyni mnie łapczywym i bezbronnym, rosną mi apetyty na człowieka, powiem wiele, by się spotkać.
Ja się zamykam na ludzi i od tego zamykania mojego znajomi też się zamykają i czeka nas kiedyś jedno wielkie picie przeproszeniowe, bauns lub kawa przeproszeniowa.
Od ciepła rozbudzają się co rusz nowe muchy, cały dom nabzdycza się od ich łomotów o szyby i sufity, pod którym krążą, kotłują i bzyczą wściekle. Co za uzurpatorski najazd, chyba z kurzu się biorą, bo ciągle nowe ich liczby zaludniają pokoje.

Dziś o 14.00 ważny czas: rozmowa kwalifikacyjna.

00:42, guermantes
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 października 2009
Moje wyjście z szafy
21:22, guermantes
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 października 2009

Znowu dużo mnie w kawiarniach, ale ostatnie gadu kawowe z Kasią - to był dziwoląg, blaga i fatamorgana. Wszystko zaczęło się od małego zgrzytu, małego wytrącenia z równowagi, gdy przez krótką chwilę, widząc już okna powozowni a za nimi światła i ludzkie głowy, wspomniałem czasy, gdy moje niezgrabne nieuformowanie miało zadatki na manowce. Czasy kolegów od "Pedały do gazu", "Pedały pod narkozę", "Kino to dzieło szatana".
No i zgrzyty się ścielą - zapadam się w poteatralny fotel i z dziecięcą złością proszę sąsiednią parę o zdjęcie okryć z krzesła przy moim stoliku. Jakby mi coś zagrażało albo ktoś miał się roześmiać. Siadam i siedzę, ale głupio mi że siedzę, bo siedzę sam i jakby nie mam co robić, i co ja tutaj robię? Czekam, aż przymusowo milcząca posiadówa nabierze sensu, ale nie nabiera, no i znowu siedzę i gorączkuję się, że sam siedzę. Barmani z wnętrzna dla barmanów się śmieją i to na pewno ze mnie się śmieją a co najmniej z dwóch przeciwległych stolików wyczuwam łypanie. Po trosze to spekulacja - trudno takich zdybać na łypaniu.
W końcu nadchodzi Kasia. Objęcia, nawiązywanie kontaktu.
Straciłem do siebie zaufanie. Zacząłem pilnie podsłuchiwać, co mówię do Kasi. Niezgrabne to było, oczywiste zanadto, za mało byłem sobą. Jak licho wypełniałem wymogi formy mnie samego! Kasia powinna wstać i krzyknąć "Nie ciamkaj się w sobie!", ale naturalnie nie robi się takich rzeczy przy kawie.
Szpiegostwo to jest jawnym odsyłaczem do czasów omarty i naszego mistrzostwa w formie jaką jest kawiarniana rozmowa. Ale omarta wyjechała i szybko nie wróci. Jeszcze mi jej nie brak, jedynie dziś, przez momencik.
Jakoś wezbrałem się w sobie i wybyliśmy do innego lokalu, do innych ludzi. Wszystko miało wymiary gigantomachii. Zwłaszcza, gdy schowałem się w sobie i, postawiwszy napoleońsko kołnierz w żółte sowy, wydychałem dym papierosowy. Wtedy byłem sobą w niesamowicie pełny i tryumfalny sposób, mimo że rzucałem żarty zasłyszane, a nie wymyślone na poczekaniu. Ale to nie miało w tamtej chwili znaczenia. Malwina i Igor znali mnie z tej strony, ponieważ na seminarium często zdarzało mi się takim bywać, ale Wiktor, którego obecność nie pobudza mnie do bycia sobą, lekko oniemiał.

23:52, guermantes
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 października 2009
Tractatus ontologicus



Teza 1: Byt się byczy.

Teza 1.01: Nawet jeśli w danej chwili Byt się nie byczy, robi wszystko, by się pobyczyć.

18:46, guermantes
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 października 2009

Szymon miał dużo do powiedzenia - więcej ode mnie. Szybko zdałem sobie sprawę, że napotkałem komentatora. Świat do niego mówił a on zawsze szanował świat jako rozmówcę. Każdy wysłany do niego znak pieczołowicie odczytywał, odnosił się do niego. Jego zasłuchanie w świat mnie zaczarowało. Nadal przechowuję smsa o pijackim wybryku polskiego konsula w Vancouver, które to zdarzenie uznał za stosowne opatrzyć swą glosą.
Mnie mowa świata nuży i słucham jej zawsze na moich prawach. Nie zajmuje mnie skrupulatne bywanie na eventach i śledzenie party. Potrzebuję autonomii do granic autarkii, nie znoszę myśli, że coś zewnętrznego mną rządzi. Lubię dzielić upływający czas na okresy odpowiadające przemianom w moim myśleniu o czymś ważnym, nie wyznaczone przez potęgi, które determinują moje życie. Dlaczego tak się odcinam? Nie pozwalam wydarzeniom zrobić na mnie wrażenia. Ile razy na kołach naukowych, które mogłyby być przełomami w moim myśleniu, zamykałem się na nowości, nie zadawałem pytań, które dałyby mi szansę na nowe sposoby postrzegania? Na spotkania, party, eventy, chlania idę najeżony, zamknięty, przygotowany na wymiany myśli jak na machiny oblężnicze. Nic nie zaznać, nic nie odczuć. To zawsze ja mam być źródłem. Nie znoszę być widownią.
Starałem się, by zawsze się coś działo. Nie przychodziłem do Szymona tak po prostu, jako ja - to byłem ja podkoloryzowany, nabuzowany i pełny dobrej woli. Nakręcałem się, w napięciu zbierałem się w sobie by mówić jak najwięcej, więcej, niż nakazywał mi mój nastrój. Czy gdybym nie wywoływał tych tych wybuchów śmiechu, tych wzruszeń - czy coś by się zdarzało? Czy one same by zaszły? Czy intensywność naszych rozmów i sporów, kredytowana moją samotnością i pragnieniem, by wreszcie zdarzyło się coś pamiętnego, była sfingowana?
Oczywiście, machinacje na nastrojach produkowały te nastroje. Chciałem, żeby było namiętnie i wariacko - i baraszkowaliśmy dziko, i gadaliśmy, do cna wyczerpując nagromadzone myśli. Poza tym - reżyseria miała swoje prawa, poddawałem się nastrojom, które zapadały, w końcu też nie mogłem przez cały czas wzbudzać rozmowy zewnętrznymi siłami. Toczyły się kierowane własnym napędem, zaskakując mnie swoją dynamiką i przebiegiem. Dlatego trudno ściśle wytyczyć granice między zdarzaniem się a fingowaniem zdarzeń.
Znacznie później powiedział do mnie - "Ale ja cię nie mogę poznać, bo ty się poznać nie dajesz". Teraz być może rozumiem. Chodziło o intensywność, którą ja w napięciu powoływałem do istnienia, a która dla niego zdarzała się po prostu. Dlatego powstrzymywałem irytacje, zmilczałem obrazy - wiedziałem, że jeśli wybuchnę, to przekreśli intensywne wydarzanie i podminuje pamiętny czas. Chciałem, żeby było cały czas dobrze, najlepiej, najzabawniej, najczulej.
Właśnie dlatego się nie porozumiemy. W jego życiu to, co najpiękniejsze - pierwsza miłość - już się zdarzyło. W moim to nadal przyszłość i niewiadoma(jeżeli ekstaz z przyjaciółmi nie zalicza się do rzeczy pamiętnych). To, co się między nami przytrafiło zawsze będzie w mojej pamięci znaczne ważniejsze, niż w jego pamięci, bo hierarchia jego wspomnień już dawno się ustaliła.
Moja samotność to brak pamiętnych zdarzeń. Gdy Szymon zerwał ze mną kontakt, mimo że pamięć nie miała już bieżących robót, nie byłem już samotny - mogłem wspominać, wspominać.

21:05, guermantes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 września 2009

No ja tu szumy, zlepy, obciągi przewiduję, ale niestety "poznałem kogoś i chciałem go bliżej poznać, ale możemy się spotkać za tydzień, dwa". Finguję zapomnienie, markuję uśmiech. Niech się dobrze bawi. Jak dobrze być mną.
Dzieliłem się z nim myślami nieprzemyślanymi, nieukończonymi projektami, nieśmiesznymi żartami, mówiłem mu rzeczy, których trochę wstyd, a trochę już nie. Nieprawidłowe rozumowania, pozbawione rygorów namysły. Drobnostki, wygłupy, słowotwórstwa. Codzienne zwierzenia. Właśnie się myję. Przyjechał ojciec i się panoszy, chowam po kątach wycinki z Zakiem Efronem. Dla świata to trochę za nudne, ale on nie był światem.

00:46, guermantes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 września 2009

03:11, guermantes
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 września 2009

Jadę samochodem matki, zrobionym na głask peżotem i czuję się tak parysko, że ach: jestem u wód, modnisie z lewej flanki, w kieszeni ręka przyjaciela szuka banknotu na gofra. Zatrzymuję się na tyłach Pasażu Schillera, który przywołuje wspomnienie dwóch dworzan Marii Antoniny na szczudłach, witających nowo przybyłych do klubu BluQueen. To był maj, nie odpowiada na smsy, śledzę go po lokalach. Jego imię? Nie pamiętam.
Stukam nowymi butami: to stukot majętny, bulwarowy, nastoletnio beztroski.
Wypachniony, wyładniony, odstrzelony siadam w Foto, zdejmuję okulary(tak ładniej) i ustawiam siebie do pierwszego wrażenia: władczo, kokieteryjnie. Mmm, jak smerfastycznie-bombastycznie! Piątek, wieczór, ciepło w powietrzu, ulubione Cafe Foto rozgadane, zaciemnione, podświetlili jedynie wystawę zdjęć dup. Piękna barmanka posyła mi cześć. Piszę smsa: Siedzę na samym końcu, pod wielką dupą.
-Ok. Jest szansa, że nie przegapię wielkiej dupy.
-Ok, tylko uważaj. Dupność tej dupy jest problematyczna.
O co się zapytać? Jak mu się dzionek dzionił? Tak. I kilka zwierzeń w zanadrzu, bonmoty przygotowane, ale to i tak nieważne - pierwsza wymiana spojrzeń i głupieję. W trymiga odnajduję jednak właściwe słowa.
Wpadam na górę i mówię do siebie w łaziebnym lustrze.
-Od pierwszego wejrzenia to ja się nie zakocham.
Coś mi nie gra w tej twarzy: raz mi się podoba, ale podobanie przekreśla gest, ruch ust lub śmiech. Trzyma się nazbyt prosto, jak strzała.
Lustrzane monologi pomagają mi się odpętlić, gdy się zapętlę podczas spotkania. Tak się dzieje, gdy się zapomina kim się jest i czego się chce. Gdy się za kimś podąża myślą. Ach te zgubne pożądania.
Rozmawiamy. To nie poczciwa robocizna rozmowy, wynajdywane naprędce opowieści. Mówi jasno, z przekonaniem, dzieli się myślami przemyślanymi, wykonanymi z trwałych materiałów. Pozwalam toczyć się tej wymianie myśli wedle jej praw, a gdy nie mam nic do powiedzenia milknę w rozkosznym, kawiarnianym oczekiwaniu.
Nie lubi w Tolkienie skrytego Boga, który pociąga za sznurki. Nie dostrzegam tego i jest to dla mnie nieistotne. W furię wprowadza mnie exodus elfów ze Śródziemia, ponieważ widzę w tym niechęć do doczesnego świata i pragnienie porzucenia go dla czegoś "poza", czegoś "lepszego", czegoś, o czym nie możemy nic pewnego powiedzieć, ale, co zrozumiałe, z pewnością musi być lepsze od źle zrobionego zmysłowego świata. Ale ten świat jest za morzem - odpowiada. To nie żaden "tamten" świat. Można do niego dotrzeć statkiem, wiadomo jak to zrobić, gdzie jest i wszystko. Zawiłości Silmarillona uderzyły mi do głowy i zamarłem lekko.
-A idea zła w Śródziemiu? Przecież to zło upostaciowione, czai się w bohaterach. W takim rozumieniu, w tej metafizyce, my - geje - jesteśmy złem. Bez zapytania nas o nasze uczucia i zamierzenia. Chcemy niszczyć zdrową rodzinę, no przecież. A właśnie, kiedy ostatnio zniszczyłeś jakąś rodzinę? Chodź na miasto coś zniszczmy.
-Gdy Sam zakłada pierścień i staje się niewidzialnym, Orkowie zarzucają mu zdradę przyjaciela w potrzebie - argumentuje - nie są zatem Złem Totalnym. Odczuwają.
Przypomina mi się moje własne zaskoczenie, gdy pierwszy raz czytałem ten fragment i przyznaję mu rację.
Wskoczyłem drugi raz do łazienki. -Ok, nie zakochuj się tak od razu - powiedziałem lustru.
Nie chcę się jeszcze wracać do domu, mimo że kręci mi się w głowie. Rozstajemy się trochę dziko, niezgrabne to pożegnanie, podejrzanie szybkie. Już, już mam otwierać drzwi do domu, gdy odczytuję smsa "Miałem być grzeczny na pierwszej randce, ale chodźmy na wino".
W braku otoman leżymy na futrzaku, smakujemy tanie wino. Bada, przeszukuje wzrokiem pokój.
-Nie podoba cię muzyka? Przepraszam.
-Dlaczego ciągle przepraszasz?
Im bardziej ignorujesz ich żądania, tym bardziej pragną zaspokajać twoje, nieprawdaż? Milknę. Niech zatem zapanuje moje widzimisię.
-Szanowny Panie, czy mogę złożyć uroczysty pocałunek na Pana szyi, w imię idei braterstwa narodów? - zapytałem.
Jakoś się ta szyja napatoczyła i poczułem silny malinkowy zew. Nigdy wcześniej nie tego robiłem i nie wiedziałem, że potrafię. Poznaczyłem mu skórę malinkami-olbrzymkami. Morzył mnie sen, ale wiedziony potrzebą wyczyniałem przytuleniowe rękoczyny.

-Nie rozmawiało mi się z nikim tak łatwo, odkąd miałem sześć lat i spotkałem takiego jednego kolegę.
Złączył mi nogi(uwielbiam gdy się tak rządzą) i przylgnął do mnie, tak, że jego kutas zajął dołeczki na plecach tuż nad pośladkami. Plecy mi wilgotnieją, a on delikatnie się o mnie ociera. Jeszcze tak dziwnie się nie kochałem - powiedziałem, wybudziwszy się z półsnu, gdy jego rozkosz się dopełniła. Deszczor uderza o okna w dachu - a mi tak dobrze, tak dobrze.

04:27, guermantes
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 września 2009

A już jutro randka. O taaaak! Pierwsza od, hoho, maja. Niemożliwość! Ciekawe co nam wyjdą za klaunowania. W ulubionej kawodajni, piątkowy wieczór, już mam rozplanowane jakie spodnie(nowe!), jaka koszula(nowa!). Listujemy do siebie. Sprawdzamy się. Żadnych ścisków w sercu ani wzlotów, ani niepewności. No nie no ciut antecedencji(my w łóżku gdy leje, burza, pioruny). Ale jak to ja - muszę sobie dużo rzeczy wyobrażać. Ale to nie wpływa na moje nastroje. Cwańszy jestem spotykaniowo.

00:24, guermantes
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 września 2009

Maciek wpadł do mojej śródleśnej daczy-samotni, niewidziany od ostatniego kochania. Piękny jak zawsze, chmurny zawadiaka, jadowite napomknięcia w zanadrzu.
-Nie zrobisz gościowi kawy? - Uderzył z siłą w głosie, z dawną mocą. Wiernopoddańczo struchlałem. Podczas ilu spotkań poddawałem się tej sile!
-Nie słyszałem, że prosiłeś.
Nie spoglądam jak dawniej, odczarowałem go. Wpatrzeni i słuchający nie mają ciekawych historii, prawda? Pora na buncik, mój karnawał, zamiana kast.
Długo się nie odzywam, zobojętniały, zajęty myślami. Jak jego ta moja wsobność wyprowadza z równowagi, jak zbija z tropu milczenie! Nawija, nawija a ja nic, i to moje nic jest nakierowane na niego z całą mocą, wszystko mi jedno mój drogi, nie zamieniłem się w słuch.
Objąłem władzę nad spotkaniem. Od tej chwili Maciek słucha mnie uważnie, z szacunkiem, z ciekawością śledzi moje ruchy i spojrzenia. Zaciekawiło go, co siedzi w mojej głowie. Co za nowość, co za odmiana! Doskonale się w tym odnajduję, wahanie nie poprzedza przyjęcia tej nowej roli. Nic nie zamierzam mu powiedzieć, jeśli ze mnie z tego nie wyciągnie, czekam na prowokację zwierzenia, niech się postara, złoży hołd uwagą, zaciekawionym spojrzeniem. Sam z siebie nie powiem ani słowa.
-Po co jedziemy? - zapytałem stanowczo.
-Wyprawa musi mieć cel? - odpowiedział potulnie.
-Musi.
Potulnie-stanowczo, tak właśnie się to rozegrało.
Mała przejażdżka po okolicy. To był kraj stodół o pomalowanych na czarno deskach, zwałów węgla i czarnego Neru, o brzegach całych w chynchach. Nie sposób dać drapaka na takie nabrzeże i chlupnąć w taką toń, nici z taplania. Więc stoimy nad czarną mazią.
No to jazda znowu. Pod nowo budowany balkon włożono kilkanaście pieńków brzozowych, jak pięknie-dziwacznie! Gdyby tak zostawili, ale pewnie zabiorą, na co dzień drwa nie podtrzymują domów. Pośrodku nieużytku ogrodzone poletko i posiane równie przyciętą zieleniejącą się trawką. Spadochronowe pole golfowe rzucone na ugor. No bomba! Czary mary polne.
Wróciliśmy, rozkładamy leżaki i łapiemy kilka chwil słońca. Tak cudnie, rozkosznie, zapominam gdzie jestem i to zapomnienie zapada mi głęboko w pamięć. Nadlatują chmury. Cofamy się na poddasze.
-Lubię wybujałości. U roślin i u ludzi. Np milin amerykański, dzikie wino. Jak to się wariacko rozplenia, jak zaciekle kwitnieje, panoszy - powiedziałem. Nic nie powiedział, zamruczał, jakby coś mu to powiedziało o sobie samym.
-Pokazałem mu filmiki nakręcone z Pawłem, te wzruszające posuwania. Badawczo objął mnie wzrokiem, gdy zamilkłem, bo przyłapałem się na jakiejś myśli.
-Przypomniał Ci się Paweł?
Co za zmiana, on mnie przeszywa wzrokiem i zastanawia się, o czym myślę!? To się od dawna nie zdarzało. Jak cudownie być sobą! Maciek - moja publika, tak potrzebna, gdy patrzy.
Kochaliśmy się w napięciu, mocowaliśmy się w ciszy. Łaskotałem językiem dawno nie łaskotane miejsce. Napawałem się jego jękami, gdy przygryzałem sutek. Jak dobrze jest dawać rozkosz i widzieć, jak się wije i wykręca. Ciszę zakłócają tylko jego mruki, jęki, ochy.
Tryska poniewczasie, niechcący, opadamy na pościele.

01:59, guermantes
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 sierpnia 2009

 

Wstąpiliśmy z omartą do Czajna, zajmowaliśmy się tzw "bzdurami" i znajdowaliśmy w tym przyjemność. Przyjemny dzień na takie przechadzania. Duchota w pizzerii a tak to przyjemny chłodek. Posiadówa w Foto. Poczułem, że nie jestem namiastką, jak dawniej, kimś, kto nie unosi na własnych barkach swojego świata. Mój świat nie potrzebuje poręki. Żadnego pana, który powie "jesteś fajny", chłopczanego puzzla, który się dopasuje. Dawne schizy kaput, smutki chlipy - pierdut. Tra la la rozbrzmiewa. Wtedy, w ten czas kawiarnianego gg nie chciałem być gdziekolwiek indziej, z kimkolwiek innym. Nazywają to spokojem, prawda?

00:17, guermantes
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
tapczaniejemy(marzenie)

Jestem jego nausznikiem. Uch ocieplaczem, ust nasiąkliwości badaczem, termoforem nauchowym, ustnikiem poduchowym. Melodyjka wtuleniowa robi dzyń wsuwam rękę pod poduchę co ją włożył za pazuchę. Cieplutka od jego tam leżenia, mimo exodusu ciepłowniczego od dłoni wgramolenia. dźga mnie, szamoczemy się, a ten szamot to jak nalot. Bombarduj mnie. Wtulamy się czyli robimy wtul-wtul, wielkie miaaaaaaaaau z tego jest, napawam się tym miau. Kopsnij mi motylka z brzucha. Dał drapaka w pościele. Wściubia nos w moje ciemne sprawki. Kontrabanda buzioli-myszoli(tajna bo pod kołdrą) i podszepty przytulaśne. Marzy mi się małe muśnięcie brewki. Ratunku gwałtu rety on mnie przygniata o już nie. Poczyniłem jebut w niecną psuję-szuję. Za przytuleniowe fopa prztyczkiem go. Zakapturzył się pościelą i baunsy wyprawia, psubrat, a ja chcę już lulu. Psubrać to nie ululacze, lecz: całuśni ciułacze, kontr-całusów nie-szastacze, wygibasów wyzwalacze. niemniej prosze mi tu natychmiast lulajże!!! Ojoj światło dzienne już przenika a on mi tu fika. Wydało się! Działa w tajnej organizacji zwalczającej sen. Dobranoc, witamy w areszcie. No nareszcie.

13:31, guermantes
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 sierpnia 2009
listy z fellow

Od: _
Data wysłania: 12.08.2009 15:16
Temat wiadomości: (Brak tematu)

Treść wiadomości:
czesc
fajny masz profil mam dziwne wrażenie że cię już kiedys poznałem
ale to moż moje widzi misie a tak apropo lubisz duże misie


(fragment innego listu)
Ale Ciebie chciał bym poznać, bo jesteś fajny, gorący i naprwdę (choć nie powinienem tego pisać) walę sobię konia widząc Cię ilekroć wchodzę na Twój profil. Chciał bym się uwolnić, upewnić się, że jesteś jak inni, ale nie mogę spać, bo mi się śnisz. Na Twój widok wzrasta mi puls i serce jest w prawdziwych opałach...

15:30, guermantes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 sierpnia 2009

Leżaki w ruch. Uczę się półgębkiem przepisów o spółce akcyjnej, ale moje myśli powracają nieustannie do otrzymanych listów i chłopców, którzy odwiedzili moje profile. Nie oddalam się od komputera, przerywam co chwilę czytanie i zaglądam do portalu z żarliwą wiarą w poszukiwanie. Wszystko inne nabiera kształtu sennego majaku. Z przekonaniem opiumisty unieważniam, podważam pozostałe drobiazgi mojego życia, jak poszukiwanie pracy czy wysyłanie CV. Antycypacja najazdu na mój świat przez szamocącego się w sobie zamordystę nadaje sens temu sierpniowi, jak wszystkim sierpniom.
Oglądam filmiki Jaya Brannana na jutjubie i się roztkliwiam, bo widzę obraz swoich pragnień, którym nie daję wychynąć poza wzruszeniowe podziemie.
Poza tym myśli w bezruchu.

22:58, guermantes
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 sierpnia 2009

Praca pamięci wyłuskuje ze wspomnienia o Pawl chwile zrozumienia i przytuleniowe mruczanda. Czekam, aż stracę z oczu jego powracający obraz i pojawi się wstręt, który mnie zaślepi, zamknie w sobie, wytłumi czułość i uśmiech w duchu na jego myśl.

Wczoraj: Piotrkowska, pędzę na żółtym holenderką-gruchotem i wyczuwam na sobie wzrok Chłopca z Marca, okutanego w czapki, okulary, jak to on - zasłania mu to pół twarzy. Po nocy wtuleniowej i już po przyznaniu się, że jestem Buką - milczenie. Który z błędów w grze miłosnej popełniłem? Nadmiar? Nie dałem mu odetchnąć. Reżyseria wypadków nazbyt oczywista. Zwiedziony jego pieszczotami i zachwytem nad moją jajecznicą, zbyt wcześnie dałem wyraz swojej tęsknocie. Nie wierzę, że kiedykolwiek wygram w tej grze, dlatego moje ruchy są przerysowane, nerwowe, czasem - straceńcze.
Teraz nawet nie zadrżałem.

00:15, guermantes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 sierpnia 2009

-Jak ciężko siada się na tym fotelu.
-Ciężko? To najwygodniejsze miejsce w całym Cafe Foto.
-Nie siedzi. Siada. Tak się wpada.
-Ja nie wpadam. Może ty jesteś: omarta - Królestwo: Cyborgi; Rząd: Śliwowate
-No kupiłam dzisiaj śliwki, o co ci chodzi?
-Próbuję dokonać Twego opisu botanicznego. Jesteś śliwką, bo wpadasz w krzesło jak śliwka w kompot.
-A wytłumaczysz mi w końcu czemu nazywasz mnie cyborgiem? To już pięć lat będzie.
-Nie pamiętam. To nie ma wytłumaczenia. Nie potrafię prześledzić swoich asocjacji w tej mierze, sory. Po prostu to mi przyszło do głowy, no i się przyjęło. Bo ja w takich klimatach siedzę, wiesz. Gdybym interesował się botaniką, pewnie nazwałbym Cię miętą pieprzową.
-A zatem omarty są niedefiniowalne?
-Jak to?
-No mówisz, ze nie wiesz dlaczego nazwałeś mnie cyborgiem.
-Mówię o tym, że nie wiem jaki jest źródłoksyw. Nie wynika z tego, że omarty są niedefiniowalne.
-Wynika.
-Mówię o mojej idei Ciebie a nie o Tobie samej w sobie.
-A jest jakaś różnica?
-Umniejszasz się.
(śmiech)
-A zatem wszystko jedno czym jestem? Cyborgiem, miętą pieprzową?
-Nie no, mięta pieprzowa nie myśli, nie odczuwa.
-A zatem nazwałeś mnie cyborgiem ze względu na jakieś moje cechy.
-Nie.
-Przeszkadza mi to, że nie umiemy się czasem porozumieć.
-No to co ty chcesz Jednię jakąś.
-Tak często mówisz, jesteś zdziwiony, bo mnie nie rozumiesz. Czasem Twoje zadziwienio-niezrozumienia mnie po prostu mega-zaskakują. Pojawiają się w takich momentach i są...
-Są zadziwienio-buldożerami. Twój software nie ma odpowiedniej wtyczki buldożerskiej.
-To software ma wtyczki?
Rozstaliśmy się bez większych zadziwienio-buldożerów i podążyłem na Polska Walczy Party u Tomka. Ciepły wiatr poruszał zwiewne kiecusie, odsłaniające oświetlone przez citylighty wydekoltowane plecy. Już, już miałem dzwonić do Tomka(Wiśniowe memento "kolekcjonuj wrażenia" dźwięczało mi w głowie), nie wszedłem jednak na górę, z ciężkim sercem poszedłem na nocny. "Dlaczego boję się imprez?" Kawiarniane rozmowy, śmichy-chichy i rozbawienia, wsłuchania i zwierzenia, ćmienia i wymówienia - to ja. Panuję nad rozmową, reżyseruję żarty, jestem prowodyrem, źródłosłowem, centrum. Boję się nieznanego, chcę panować a nie milczeć. Impreza to napomknienia w biegu, bycie nie-sobą, bezforemne "cześć, jestem...". Boję się imprez, ponieważ obawiam się, że nie będę miał nikomu nic do powiedzenia. Tak jak u Tamary, siedzimy, siedzimy, winko pijemy, przyjemne zimno wieje od okna a konszachty myśl-myśl się ślamazarzą i nic do siebie nie mówimy, a jak już, to się gadka rwie. Chwile ciszy oddają nasz brak porozumienia. Najgorsze jest "hm" Tamary. Czuję, że to w slangu astronautek, odwiedzających w skafandrach mój świat znaczy "ojej, o czy on, do cholery, mówi". Mówiłem jej o obsesji straconego czasu. Że wpadam w furię, gdy dostrzegam, ile czasu marnotrawię. Że samotne wieczory, muzyka i kubek herbaty, są pieprzonym marnotrawstem. Że powinniśmy się kochać i romansować, a reszta to bujda, fatamorgana i międzyczas. Tamara:
-Hm?

01:40, guermantes
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30