|
|
<
|
Styczeń 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
|
|
|
|
|
1
|
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
8
|
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
15
|
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
22
|
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
29
|
|
30
|
31
|
|
|
|
|
|
Zakładki:
1* znajomi na bloxie i skądinąd
2* qchnia autystyczna
4* fotorzeczy
|
piątek, 06 stycznia 2012
postanowienie noworoczne #1: Zanim kupisz nowe książki, przeczytaj te, które masz.
data złamania: 01-01-2012.
niedziela, 30 października 2011
omarta
no wiem,smiejesz sie z e mnie. i ja z siebie tezale jakos to idzie w dziwna strone, a nie chce go zwodzicwiec poczekampokumpluje siejak myslisz?no i z wygladu mnie nie kreci
Piotr
ahaa co z nim nie tak?
omarta
nie w moim typienie uwazam,ze jest pieknyładny
Piotr
jest na fejsie?
omarta
nienie pociaga mnie fizycznieno ale dla kobiet nie jest to rzecz najwazniejszajakas twoja rada, spostrzeżenie?
Piotr
sama będziesz wiedzieć najlepiej co robićtrust your feelings i tyle
omarta
mhmale czy ci sie cos rzuca na oczy w tej mojej relacji?przy […] miałeś wiele uwag
Piotr
nienic mi sie nie rzucapo prostu żyj
omarta
e, hello, łotra-Piotra podmienili.
czwartek, 27 października 2011
omarta: jak tam spotkania z psycholożką?
ja: nijak, nie mam teraz na nie ani czasu ani pieniędzy
omarta: ha! tylko ja Ci zostałam!
sobota, 15 października 2011
Z braku rzeczy wartych przedstawienia świata przedstawionego nie przedstawia się.
niedziela, 02 października 2011
Sukces. Zamiast w statusie na fejsie opisałem wrażenie z wieczoru w esemesie do siostry. Powracam do cywilizacji rzeczywistego człowieka. Odkrywam na nowo uroki realu.
sobota, 10 września 2011
niedziela, 04 września 2011
Nie jestem pięknym panem dla pięknego pana. WNM nie będzie, love na murach nie będzie, miziania i cdn romansu niet. Szachraj wymiksował się z wielkiej historii miłosnej. Westchnienie.
Ze zgryzoty umówiłem się na cztery randki.
^_^
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Gadamy, ale jakoś bezosobowo, bez szału. Chcę więcej szału! Może ten szał się jakoś narodzi? Szale, c'mon! Boję się ujawnić mój żywioł, bo wyjdzie, że mi zależy. A on się boi czy nie ma żywiołu?
niedziela, 28 sierpnia 2011
Kolejny stopień wtajemniczenia w dziedzinie wiedzy o tym, co znaczy "chcę ciebie" i "nie chcę ciebie". Nazywa się nadal nic nie rozumiem.
piątek, 26 sierpnia 2011
Byłem w piątek na randce. Lubię to zamieszanie, ten zamęt w moich myślach, błąkających się wokół jego twarzy. Złapał mnie za serce. Siedzieliśmy w Czułym Barbarzyńcy, w miłym oku i uchu zakamarku. Udawałem obojętność wobec magnetyzmu jego rysów, ale w głębi ducha je smakowałem. Ogolony na zero, z bujnym kilkudniowym zarostem, niższy ode mnie o głowę przybył z moich marzeń. Miał jeden nieładny wyraz twarzy, który mój odbiór szybko wyrzucał z pamięci (bieżąca percepcja miała trochę roboty tylko z tym jednym wyrazem). Poza tym cud miód, git i pomarańcze. Jego twarz była dziełem sztuki.
Ściśle wyważyłem mój zachwyt: jest piękny, ale pięknem, któremu dorównuję. Może to zbyt wykalkulowane, ale niech tam. Wierzę w kalkulacje.
Dawno mi się z kimś tak dobrze nie gadało. Chodziliśmy po księgarni i gadaliśmy o książkach jak dwaj starzy znajomi, którzy znają każdy zakamarek swoich biografii. Na przemian ironia ze zwierzeniem. Może zbyt dużo w nim było ironisty. Miałem wrażenie, że próbuje za wszelką cenę wykreować dystans wobec mnie i wobec sytuacji. Nie pozwalałem mu na to grając w tę samą grę pozorów. Nasze gry pozorów dawały się sobie we znaki. Czułem to, gdy robiło mu się przykro, gdy przestawałem mówić serio. To znaczyło: no dobra, znowu się dystansujesz, to zróbmy tak: znowu bądźmy serio.
Gdy zamawialiśmy dokładkę zaczął się wygłupiać przy kawiarce. Wąchał utensylia na kontuarze: jakiś płyn, który stał obok cukru. Wtedy ja powiedziałem mimowolnie "No Łukasz no!", jakbym strofował mojego od dawien dawna chłopaka, którego wszystkie zagrywki mam przerobione. Wyszło naturalnie, jakbyśmy rzeczywiście znali się sto lat. Aż dziw. Zawstydziłem się, ale on nic.
Tego dnia wstałem o siódmej i miałem bardzo męczącą rozprawę w sądzie, dlatego około dziesiątej zmogła mnie senność. Po trzech godzinach posiadówy i chodzenia po księgarni ległem fotelu obitym tkaniną z wzorkiem a la mózg na półpięterku "Czułego..." Zapytał "znudzony?" A ja "Tak..." Być może wtedy było mu przykro. Ale ja naprawdę byłem cały dzień na nogach a wtedy trudno o amory.
Potem poszliśmy na Most Świętokrzyski, dotykaliśmy pylonów. On, z szacunkiem w głosie: "skąd wiesz, co że to pylony?" Wyłapywaliśmy nocne majaki wież centrum. Powiedział, że jego siostra ma schizofrenię. Trochę się przeraziłem, bo on miał w sumie coś z wariata: raptowne zmiany tematu, powtarzanie tych samych określeń. Kocham wariatów, ale to moje łóżko: tu się śpi! Ciągle mówił "Zuo to, Zuo tamto, telefony to Zuo, Wawa to Zuo, biuro podróży Itaka to Zuo". Tak czy siak, on mi powiedział na pierwszej randce, na moście Świętokrzyskim, którego zbudowano, by stał się scenerią naszego super-romantycznego rendez-vous, o tak wstydliwej rzeczy, jak choroba psychiczna w rodzinie. Pomyślałem, że to ma ciężar gatunkowy. W zamian opowiedziałem mu, co mi ojciec powiedział, gdy odkrył opakowanie po dildo w mojej szafie. Czy to dobrze w zamian za schizofrenię zwierzyć się z dildo?
/cięcie do: Tata rozmawia z synemTata: Po co Ci gumowe prącie?syn: taka zabawka erotyczna. nigdy nie bawiłeś się w łóżku zabawkami erotycznymi?Tata: niesyn: nudny jesteś. trzeba mieć trochę fantazji. Tata (nic)syn: znowu grzebałeś w moich rzeczach?Tata: (nic)/
Śmiał się. Wyludniałą Tamką wróciliśmy do centrum. Zahaczyliśmy o szykujące się do zamknięcia "Szczotki i Pędzle" urządzone na barcelońskim lajcie. Wichura przyjemnie smyrała. Marzyło mi się o całusie, ale go nie skradłem.
Tak wyobrażałem sobie randki. Tralala. Zamykam oczy i wywołuję wspomnienie przeczucia, że to jest to. Jesteśmy z tego samego rocznika: lubię to. Wiem, co czuje, choć jego życie ułożyło się bardziej hardkorowo od mojego. O ile ja dość wcześnie ułożyłem sobie stosunki na linii ja-ja, on do 23 roku życia zaprzeczał, że jest gejem. Zaczął żyć w wieku 23 lat: skąd my to znamy? Przeszedłem przez to parę lat wcześniej, ale to jedynie inny kaliber, mechanizm znamy, oj znamy.
Trudno mi się do tego przyznać, ale tak jest: tak mi na nim zależy, bo on się nadaje, żeby pokazać go rodzicom. To jest freudowski wstydliwy prowodyr moich miłosnych wyborów. Gdy wyciągam go zza kulis, nie mogę uwierzyć, że tam jest.
Co było dalej? Po trochu radość i sajgon. Sajgon: chciałem mieć go przy sobie, pod ręką, natychmiast. Sajgon: nie odpowiada na smsa. Sajgon: odpowiada na smsa jakby znudzonym tonem. Radość: wspomnienie twarzy. Radość: wspomnienie współgrania.
Nie marzą mi się żadne seksy. Marzy mi się nastrojowe snucie się po Warszawie.
Dam czas, dam trochę oddechu temu romansowi. Zobaczymy co przyniesie mój los, mój los, który ma zły timing.
niedziela, 03 lipca 2011
Co za cudowny pean na bzdurność wszelkiego opisu i niemożność empatii! :
Jak wyglądają miasta Wschodu, jest wszystkim wiadome. Zupełnie tak jak u nas, tylko orientalnie. (A. Kubin, 'Po tamtej stronie', przeł. A. M. Linke, Warszawa 1980, s. 45)
Nie zgadzam się oczywiście. Opisy wyciągają z cienia nowe rzeczy, których inaczej byśmy nie dostrzegli, i dlatego mają rację bytu. Ale co zrobić z przeciwnikiem, który ma taki urok?
poniedziałek, 13 czerwca 2011
guermantes: moje poglądy na życie zmieniły się odkąd pracuję w wypadkach
omarta: ach tak?
guermantes: wcześniej widziałem wszystko bardziej disneyowsko: wszystko idzie do przodu, jest postęp. oczywiście są nieszczęśliwi, ale zasadniczo panuje rozwój. teraz widzę życie raczej jako zarządzanie utratą
niedziela, 12 czerwca 2011
Tegoroczna Parada Równości dobrze mnie nastroiła. Szły różne hasła: i mądre polityczne ("Żądamy ustawy o związkach partnerskich") i mądre niepolityczne ("Whatever" - niesione przez akolitów Jej Perfekcyjności, która z samouwielbieniem prowadziła swoją koterię), niemądre niepolityczne ("Jestem pedałem i mam obowiązki pedalskie" - wtf powiadam). Szli i mądrzy ludkowie, i zwyczajni (dziadek z babcią we wdzianku a la działka koloru khaki), niewidoma dziewczyna, prowadzona przez przyjaciół, młode lesbijskie laski, młodziutcy słodcy wyemancypowani chłopcy, pary z dziećmi, ludzie z psami, lesbijki w średnim wieku, pałętali się niedorozwinięci (którzy tańczyli z ochotą), drag queen o smutnych wejrzeniach, pary gejów trzymających się za ręce, o nienagannie skrojonych tiszertach i pięknych twarzach - słowem: kolorowy, wesoły i czerpiący przyjemność z życia tłumek. Ludzie machali z okien, a myśmy im odmachiwali. Jedna pani przy rondzie Dmowskiego pokazywała fuck you. Policjanci szli cisi, ukrywali emocje.
Dobrze, że istnieje ta Jej Perfekcyjność - transwestyta, akademik i show-man, ortodoks teorii queer, zawsze przebrany wystrzałowo i bezbłędnie wystylizowany na kobietę. Dobrze, że w tym światku pełnym nieznanych twarzy kreują się wielkie indywidualności. Gdyby jeszcze dodać do tego kilka osób o innym spojrzeniu, filozofujące, o sprecyzowanej osobowości, to dałoby się stworzyć jakiś triumwirat ludzi, którzy wiodą na barykady, są skonfliktowani, mają różne idee w głowie, a mimo to jednoczą się w walce. To dobrze, że szedł transparent "Whatever" obok "związków partnerskich". Bo my się nie zamykamy (jak katolicy), nie rządzi nami strach (jak katolikami), akceptujemy ludzi takimi, jakimi są (w przeciwieństwie do katolików), nie pogardzamy, nie nienawidzimy (jak katolicy), a jeśli nienawidzimy, to nie nazywamy naszej nienawiści miłością (jak katolicy). Nie rozumiem czemu nie było osób z telewizora (Poniedziałek, Raczek, Lupa, Janion), o których wiadomo, że są. Czemu nie było Marii Peszek? Ona z chęcią dałaby koncert za free, rzuciła miłe słowo, wytańczyłaby się, pośpiewała miłe uchu szlagiery, a flesze miałyby co robić.
Najbardziej podziałał na mnie sam początek, gdy leciał hymn Polski. Zacząłem płakać w tłumie obcych ludzi, obok kamery TV. Wiktor Osiatyński mówił, że "każdy ma prawo do bycia sobą". Palikot mówił, że każdy ma prawo do przeżywania chwili wchodzenia w związek małżeński". Poruszyło mnie przejęcie haseł narodowców: Tu jest Polska, My chcemy silnej Polski, My kochamy Polskę. Narodowcy zamarli. Jestem pewien, że to namieszało im w głowach. Co zrobią, gdy użyjemy ich haseł ("nasze", "ojczyzna", "silna Polska", "kochamy Polskę", "Jesteśmy Polakami i chcemy tu żyć")? Niewiele mogą. Coś im się wtedy przestawi w głowach. Inna sprawa, że są słabi filozoficznie - nie wiedzą, co myślą. Oni tylko się emocjonują.
Podszedł do mnie Ukrainiec z Czerniowiec, Wołodymyr i spytał, dlaczego tu jestem, po co ta parada, jaka jest sytuacja gejów i lesbijek w Polsce. Powiedział, że nic nie rozumie z tego, co mu mówię, bo jest hetero, ale w Czerniowcach ma kolegę, który jest gejem, choć nikt o nim nie wie.
A że mało ludzi. Oczywiście żal.pl, że tak mało ludzi, no ale czego się spodziewać po ludziach wychowanych jak szczury: że łatwo pozbędą się łatki wybryku natury? K. mówił, że zapomniał, że pojechał do rodziców na wieś, bo dawno nie widział itp. T. akurat zamiatał kurze, a "takie rzeczy go nie interesują". M. "nie interesują takie rzeczy". Cóż. Nienawiść do siebie, jaką im wpoiła religia miłości, robi swoje. Już sobie z nią poradzili we własnych życiach, ale nie pójdą walczyć o swoje prawa.
Mój ojciec jeździ na medytacje do Otwocka, żebym nie był gejem. Jego przewodnik duchowy, bioenergoterapeuta, którego wpływ na ojca datuje się już na połowę lat 90-tych, przekazuje mu swe nauki, będące ryzykowną grą między Radiem Maryja a new age, medycyną alternatywną i bóg wie czym jeszcze (słuchają Radia Maryja i czytają książkę o tytule "Mądrości Mędrców Wschodu"). "Myśl nad sobą" - mówi do mnie ojciec. Z polskiego na nasze: myśl, jak sprawić, byś był kimś innym niż jesteś. Inni niech żyją pełnią życia, niech szukają szczęścia, ale ty musisz zaprzeczyć samemu sobie. Żyj tak, jak inni sądzą, że powinieneś żyć. Przez wiele lat miałem poczucie winy, że jestem sobą. Ojciec chce wzbudzić je na nowo. Nie pozwolę mu.
niedziela, 22 maja 2011
Do pracy chodzę jak taki robocik: niewiele się odzywam, pracuję skupiony i przejęty. Nie wchodzę na żadne strony (wiadomości, fejs, tumblr), nie sprawdzam poczty, tylko przeglądam akta. Piszę pisma. Rozmawiam z klientami przez telefon. Wsłuchuję się w ton głosu, w tok rozumowania moich współpracowniczek. Naśladuję. Przejmuję. Ulepszam.
Nauczyłem się sporo od ostatniego czasu - nie trzeba cały czas wyrażać siebie. Można swobodnie tonować ekstrema i dziwactwa. W ostatniej pracy starałem się nie zapominać, kim jestem: stąd obrazki na pulpicie, stąd linki do stron z kulturą, stąd żarciki - nieustanne, dyskretne znaki zaświatowości wobec świata ludzi z pracy. Tym razem jestem mądrzejszy o tę naukę: odrób pańszczyznę i wróć do swojego świata. Przez 8h zapomnij o swoim świecie a resztę czasu będziesz miał dla siebie. Żeby być sobą, nie trzeba przez cały dzień być sobą.
Z domu jadę godzinę, to niedaleko Pałacu w Wilanowie: miasteczko małych domków i zapuszczonej roślinności obramowane znikającym wiślanym starorzeczem. Niektóre ulice są szerokie tylko na szerokość dwóch piechurów idących za ręce, np taka Petyhorska (istne cudo). W oddali, gdy widoku nie zasłaniają domy lub drzewa, majaczą przerażające EC Siekierki. Brama do pracy otwiera przestwór w murze porośniętym dzikim winem. Chciałbym mieć dom z ogrodem okolonym murem, schowanym w dzikim winie. Po pracy jestem zazwyczaj zbyt zmęczony, by móc coś sensownego porobić. Może się przestawię, przyzwyczaję, nie wiem. Tak czy siak postanowiłem sobie, że w drodze do pracy mogę czytać, ale prawie zawsze słucham muzyki i wymyślam bombastyczne scenariusze na temat innego, lepszego życia, którym kiedyś będę żył.
Złapałem pierwszy kontakt z senior account executive w naszej Firmie. Nosi gargantuiczne wisiory, które przykuwają uwagę tak, że nie pamięta się twarzy. Ma lesbowatą urodę (właśnie nie lesbijską, ale lesbowatą: jest to ostra, krótko obcięta chłopczyca z Hello Kitty na biurku niczym totemem). Ma moje wyczucie mody: nosi się prowokacyjnie i łączy nieprzystające desenie i kolory. Lubię ją: śledzę jej mimikę, która za żadne skarby nie chce wyrażać emocji, żyje bowiem własnym życiem. Ustaliliśmy sobie już to i owo między sobą.
-Przepraszam, że ja tak ciągle "kurwa, kurwa", ale ja muszę. To daje mi moc.-Jesteś rycerką Jedi.-Bingo. -Nosisz w kosmetyczce składany miecz świetlny.-Tylko sza.-Ten cienias Luke Skywalker musiał się bidok koncentrować, przywoływać moc, a ty mówisz "kurwa" i o, masz moc.
Tych słów nie skomentowała, jakby do głębi ją uraziły, udała zatem, że wczytuje się w e-mail i zaczęła mamrotać i szumieć (czasem sobie szumi). Gdy wpadam do niej do pokoju, zazwyczaj komentuje coś na fejsie.
-Przyszłem Ci powiedzieć, że stolica Burundi to Bużumbura.-Dziękuję Ci, kochaaany jesteś. Teraz przystępuję do spałaszowania drożdżówki - poinformowała mnie.
Myślę, że nie potrzebuję dalszych słów, wyznań, sytuacji - lubię ją. Dawać mi jej więcej w moim życiu.
Nasza księgowa, która nota bene jest wydekoltowaną diwą, zna sekrety przelewów, w tym i sekret mojego wynagrodzenia, dlatego myślę, że lekko się ze mnie śmieje. Ale to tylko mój domysł. Informatyk bezustannie chodzi ze "Straż! Straż! Pratchetta w ręku jak z amuletem.
Zajmuję się tym samym, co Kafka: wypadkami. Jestem ciekaw, jak to wpłynie na moje rozumienie Kafki. Jak wpływa na życie duchowe codzienne zajmowanie się bezsensownymi cierpieniami (małymi i dużami), cierpieniami nieuniknionymi, zdarzającymi się co dzień, mogącymi przytrafić się każdemu? Jestem ciekaw jak to wpłynie na mnie. Można żyć bezpiecznie, jeździć bezpiecznie, w ogóle nie jeździć, ale katastrofa znajdzie czas i miejsce, by nastąpić.
Poznałem branżowe słowa:"dzwon" - wypadek, "koszalin" - kosz i "przetrybić" - "podjąć działania zgodne z procedurą".
niedziela, 15 maja 2011
Howdy, serwus, ciao.
Nie układa mi się w życiu. Jestem w przededniu podjęcia roboty, w której stanę się robotem, poznam na nowo smak proletariatu, smak pracy, która nie da mi być sobą. Ech. Po wielomiesięcznej ucieczce od życia na napisanie magisterki i jednomiesięcznej ucieczce od życia na napisanie powieści.
Dam sobie radę, nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że mam ochotę się zamknąć na ludzi, kompletnie. Po co mam się spotykać z ludźmi, którym układa się w życiu? O czym mamy rozmawiać? Weźmy przykład. Krzysztof, architekt, dyrektor kreatywny, robi swoją sztukę za duże pieniądze, kasa, samochód, mieszkanie. Chce się spotkać, lubi mnie (sexy & o nieśmiałym wejrzeniu & relacje z ego - poukładane & lubi gadać o wszystkim, co wizualne & z lekka filozofuje & jego szare palto zapinają zielone guziki-tarcze). Zjada mnie zazdrość. I tak jest z każdym innym. Wszyscy moi bliscy znajomi (no może poza Kasią) są już jako tako ustawieni i dobrze im w tym ustawieniu.
To się dobraliśmy z moim współlokatorem. Mikołaj jest po historii sztuki i sprzedaje mlekomaty.
Nadciąga katastrofa. Trzeba ją odwrócić radykalnymi pomysłami. W weekendy będę pisał, będę czytał, myślał, oglądał, śnił. Czy w weekendy nie powstają nowe iliady? Mam wizję: za pięć lat jestem w tym samym miejscu, w weekendy realizuję na pół gwizdka pomysły, które przyszły mi do głowy w biegu i w międzyczasie. Na co dzień robię użyteczne rzeczy, od robienia których się frustruję. W wieku 35 lat będę miał w laptopie 150-stronicową powieść. Chuchro z puzderka, ze snów i z fantazji, z książek czytanych z przerwami. Realizm nigdy nie był moją mocną stroną. Od zawsze uciekam w wyobraźnię i to mnie gubi. Trzeba zakochać się w regułach gry, zamiast tworzyć własne. Ale ja za chiny tego nie zrobię. Non possumus. Nie ma zmiłuj.
O mojej mini-powieści (liczącej 100 stron dwunastką) Kasia napisała:
"Lubię te Twoje drobne świństewka językowe, słowa o których istnieniu się nie pamięta, archaiczne i ciut obciachowe. Przedostają się do tego schulzowo-sci fi świata jak jakieś dinozaury, które schowały się przed zagładą do jakiejś mysiej dziury. (...) Mniej więcej od 1/3 zaczęłam być bardzo ciekawa, nie tylko jak się rozwiną wydarzenia, ale przede wszystkim kim okażą się naprawdę bohaterowie, jakie relacje ich łączą, co jest prawdą, a co pozorem."
Super fajosko, gdy złapię kogoś za serce jakimś pomysłem, jakimś drobiazgiem. Kasia pisze dalej : "Scena bombardowania słońcami w 4-ym rozdziale świetna!" Za to Erykowi wpadł w oko kot Wsiewołod.
"Pawłowi nie podobało się. Przeczytał 20 stron i powiedział, że nie może dalej, że go drażni, że jesteś zbyt narcystyczny językowo i robisz figle-migle dla swoje przyjemności nie myśląc o czytelniku." To też i prawda. Ale ja lubię "Dlaczego pan R. zwariował?" Fassbindera albo "Idiotów" von Triera. Lubię się pomęczyć a na koniec mieć eurekę i pomyśleć: "Ach, więc o to w tym wszystkim chodziło."
Ze słów Martyny chyba cieszę się najbardziej. Napisała tak: "Chyba sobie wydrukuję tę książeczkę i poczytam raz jeszcze, bo lubię Twoje metafory, które dorównują wyobraźni". Metafory, które dorównują wyobraźni... Jestem wniebowzięty :) :) :)
Tomasso nie przeczytał. On nie może czytać takich zdań, mówi.
Moja powieść... Oezu, robi na mnie wrażenie, wkurza, nudzi. To trochę cudo, trochę żenua, trochę siajs, ale lubię do niej wracać. Nie dlatego, że moja. Dzieje się w kosmosie!!! Z tym było najryzykowniej, no bo jak, do cholery, napisać coś, co da się czytać, i jednocześnie tam się strzelają i chodzą w skafandrach? Właśnie dlatego trzymam dystans. Mówię: hej, mi się tylko wydaje, że wiem, jak to opisać, a piszę, bo jestem wiecznym chłopcem i lubię statki kosmiczne. Jako dziecko oglądało się dużo kreskówek o robotach, o statkach kosmicznych, strzelaniu się laserami. Czy te seanse mają jakieś reperkusje dla życia duchowego? Ja mówię, że tak. Śmiejecie się: roboty, kosmos, astronauci. I ja śmieję się wraz z wami. Ha, ha, ha. Niemniej moje myśli wracają do tych najpierwszych wzruszeń i uniesień, chcą powtórki tamtych zachwytów, tamtych odkryć. Postanowiłem ich nie zmarnotrawić. Dla tego, kto nie odwzajemnia uczucia, kochający jest z innego świata. W takim metaforycznym skrócie można przedstawić fabułę powieści. Dzieją się tam też i inne miłości, też w zawoalowaniu, też przez wyznania, które utknęły w pół słowa. Może miłość to zbyt wiele powiedziane. Więcej precyzji: chęć własności człowieka. Tak, to dobre słowo. W powieści przedstawiam walkę o własność.
środa, 09 marca 2011
Tomasso dzwoni i płacze, że nie ma netu. -Modlę się za Twój net. -To dlatego nie mam. Twoje modlitwy są nic niewarte. -Dlaczego? -Bo jesteś niewierzący. -Ja niewierzący? -Nie uczestniczysz w eventach kościoła katolickiego. -Bóg jest biurokratą? -Tak. Wertuje akty chrztu i sprawdza obecność na mszy świętej. Ukochał papierzyska, archiwa, akty urzędowe. Sprawdzi wiarę miliarda dusz rękoma swych doczesnych pełnomocników i ich administracyjnej machiny. -A jeżeli ktoś ma dobre serce?-Masz to na piśmie? -Nie byłem świadom, że w dni wolne od pracy rewolucjonizujesz myśl teologiczną, od niechcenia, przy porannej kawie chybcikiem wywracasz na nice tysiącletnie dogmaty. Cieszy mnie to. Oczekuję na jutro rano nowego systemu filozoficznego, traktatu, którym zadasz kłam uzurpacjom pseudoteorii! Ale, ale. Nie dopuszczam przedbiegów, domysłów, prolegomenów i niewczesnych rozważań. Żądam natychmiastowej eureki. Gdy tylko zobaczę jakiekolwiek przepisywania, imitacje, powiem precz, powiem won, odeślę cię z kwitkiem, powiem: zgiń przepadnij maro banalna i niefilozoficzna.
niedziela, 27 lutego 2011
Jutro Panna Święta ma wychodne, więc bronię Częstochowy! Trzymajcie kciuki! xoxo
czwartek, 24 lutego 2011
krótko
Muzo-natchniuzo, spadówa! Co chwila mnie wena jak nie kujnie, jak nie strzeli!
Za parę dni będę magistrem wyższej pierdolencji po raz wtóry.
Wysyłam CV za CV. Na razie z tego już nie grubymi nićmi szyte załamki. Rynek pracy. Westchnienie.
Nie zgrywamy się w łóżku z T. Są z tego afery. Nic nie poradzę, że lubię 50 różnych zabaw, a on żadnej z nich. Gdy rozerotyzowany wyznawca perwersji spotyka się ze świętym mężem Tomaszem, to nie ma z tego iskier.
sobota, 05 lutego 2011
Szaleje za mną, mogę to powiedzieć bez ogródek. Każdego dnia napawam się słodyczą jego zachwytu. Kłopot w tym, że moje uwodzące machinacje działają na słowach i tylko na nich. On nie ma żadnych fetyszy, żadnych perwersji, lubi wszystko normalnie i po bożemu, jedynym udziwnieniem, szczególnym warunkiem jego pożądania jest bujne owłosienie, czego właśnie ja nie mogę mu dać. A zatem na jak długo moje słowa wystarczą, by przesłaniać te i inne niedoskonałości ciała słowną igraszką, którą, wiedziony pragnieniem szczęścia, podtrzymuję? Moja fatamorgana ma krótkie nóżki. Ćśś, słyszycie? Pozory grają w grę pozorów.
piątek, 04 lutego 2011
Zonk-drobnostka
Gdy proletariat wolski z góry nawija swą nienawistną pedagogikę do bogu ducha winnych dzieciaków (darcie zaczyna się od 7-ej rano), a ja szlifuję ostatnie zdania magisterki, naszła mie refleksja. Mówiąc niezbyt ściśle, nie wierzę w możliwość empatii. Nie można teoretyzować o czymś, czego się nie zaznało. Myślisz, że możesz się wczuć? Wielkie mi rzeczy. Daremne i szlachetne twe trudy. Przykładowo, moja koleżanka pisze o homoseksualności w Listach Iwaszkiewicza do córek. Pięknie, tylko co heteryczka, która nawet nie ma żadnego bliskiego znajomego geja, może wiedzieć co to znaczy być homoseksualistą w PRL? Gej z lat obecnych - już prędzej. Ale ona? Będzie się starać, owszem, ale jej nie wyjdzie. Będzie filozofować o smaku lodów, liżąc szybę cukierni. W magisterce opisuję własną obsesję, coś, czego doświadczyłem. I co? Zacząłem coś kumać po dwóch latach zbierania materiałów. Doświadczenie. To dopiero rzadki materiał. Niby jak coś przeżyć, kiedy pisze się o książkach i nie ma czasu ani pieniędzy na przeżywanie? Chociażby na wypad w Andy (żart). Zonk. Jak mam pisać o Stasiuku, skoro mój nos od wieków nie wychynął z mej samotni z braku czasu/funduszy? Domator piszący o nomadach. To dopiero smutna perwera.
wtorek, 18 stycznia 2011
Mam Boga w komórce. Mówi do mnie po angielsku i używa op-artu
wtorek, 11 stycznia 2011
Chciałbym zaprzyjaźnić się z heterykiem, przyjaźnią wyłączną, telefoniczną: rozgrywającą się w nieustannych telefonach co słychać i co tam hipopotam. Fantazjuję o tym. Patrzyłby, jak całuję się z chłopakiem i byłby szczęśliwy moim szczęściem. Opowiadałbym mu o kutasach i dupach, a on mi o cipkach i cyckach. Spalibyśmy w jednym łóżku bez żadnych akcji. Ekscesy? Nic takiego. Przyjaźń ze mną byłaby jak jazda z trzymanką, jak Dynastia bez Alexis. A gdybym na niego leciał, on czułby się doceniony jako fajna dupa. Nie zbijałby mnie z pantałyku, znałbym jego sztuczki. Kochałby mnie jak brata. Burzyłby moje dobre samopoczucie aktami ironicznego terroryzmu, a ja robiłbym mu Guantanamo.
Ale, ale. Chłopak musi być całkowicie hetero. Eksperymentatorzy, biseksi niet. Jakakolwiek słabość do mojej płci pozbawia sensu mój koncept. Chcę uwierzyć, że heteryk jest zdolny do ludzkich uczuć. W tym celu potrzeba mi heteryckiego przyjaciela, którego przekabacę na stronę ludzkiej dobroci.
Ta myśl bierze się z sygnałów, jakie dają mi znajomi heterycy, nieporadne i asekuranckie znaki akceptacji. Listy na fejsie ni stąd, ni zowąd, podśmiechujki brzmiące jak gra wstępna przyjaźni.
To jedyna dobra myśl o heterykach, jaką potrafię poczuć. Poza tym niech spierdalają na bambus z ich nienawiścią i pogardą bez powodu wobec ludzi, którzy nic im złego nie zrobili, z ich żałosnym machismo, z którego nabijamy się wraz z ich laskami.
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Jedyną rzeczą gorszą od mieszkania w Vancouver (Kanada) jest bycie nudnym
Z cyklu: humor portali randkowych. Radulfyvr, 47, czarnoskóry, ma partnera, z Vancouver (Kanada) zapytuje:-Hello. How are you today?
poniedziałek, 06 grudnia 2010
Spędziłem cudowną noc na pilnowaniu małego kotka w grubych murach mieszkania na Nowym Mieście. Oddałem się ulubionemu sportowi: czytelnictwu, siedzeniu z kotami w nimbie odludka. Jak bosko! Nowe Miasto to jakaś wyspa szczęśliwości. Niespiesznie przebijałem się przez śnieg uliczkami między kościołami z rozkosznymi wieżyczkami pośrodku naw, ogołoconymi malowniczo drzewami i odmalowanymi na głask kamienicami. W podwórzu wzdłuż ulicy Freta pęczniał ogrom niezidentyfikowanego budynku z nabrzmiałym dachem, cętkowanym małymi, podłużnymi, jakby strzelniczymi okienkami. Co prawda ośmioosobowe brygady dresów łypały na mnie złowróżbnie, ich dziewczynom o szyku spicetek nie biła z oczu dobroć, ale cudowność lokum zdjęło odium zagrożenia ze wspomnienia.
Lokator okazał się, wbrew moim przesądom na jego temat, miłośnikiem literatury. Pierwszy raz w życiu widziałem księgozbiór złożony w tej mierze z dzienników. Nie wiem teraz jak mam wrócić do dawnego obrazu właściciela. Jak go podejść, jak doń zagadać z tym nowym obrazem w głowie? Wcześniejsze rozmowy nie dawały żadnych znaków sugerujących takie upodobanie. Jestem bezradny wobec tego nowego znaku. Zwłaszcza te dzienniki. Co mówi o osobie jej miłość do dzienników? Chyba to, że nie pyta się "kto zabił?", ale "co myślał między kęsami w przeddzień mordu?". Tymczasem właściciel... Robi wrażenie "konkretnego" i "życiowego". A dzienniki są "nieżyciowe" par excellance. I do tego to literatura na pół gwizdka. Notuje się myśli, zbiera, a doprowadza do perfekcji gdzie indziej.
Mieszkanie miało w sobie zaduch kunstkamery, duszność składu z rupieciami. Uwielbiam mieszkania-magazyny. Co ja mówię! Jestem ortodoksyjnym wyznawcą mieszkań-magazynów, fanem zbieractwa i antykwarycznego łowiectwa. Nie czułem jednak ukłucia zazdrości, przeciwnie, czułem się oddzielony, jak przybysz bez żadnych zapędów, emocji.
Kotek gryzł i gramolił się wte i nazad, kłuł w łydki bez litości. Tomasz co minutę wołał tubalnie "precz!", brał maleństwo między dwa palce i sadowił na podłodze, ale niebożę ponawiało himalajsko-sadystyczne wędrówki. Tronował nad pokojem z wysokości mego kolana. Jaka radość z tego życia nie znającego słów pełnych stonowania i sprzeciwu.
Wart odnotowania wydaje się jeden niezdarny fakt z owej wizyty. Oto bowiem, między godziną dziesiątą a dwunastą następnego ranka poczułem dziwną miłość do Tomusia. Co to mogło być? Pamięć zawodzi, musiała to być drobna przesada w czułości, niewielki eksces, który, w obliczu mego opanowania, Tomassino doprowadził do perfekcji. Na szczęście postanowiłem już odciąć łeb tej hydrze. Nie będzie tu żadnego zakochiwania się. W chwili, kiedy to zrobię, będę stracony, zdobyty, a więc nieprzydatny.
wtorek, 30 listopada 2010
Dziewczyńskie armaty
Moja siostrzenica bawiła się dotąd w różnorakie romanse między księżniczkami a księciami. Ok, wiem, to nacisk innych dziewczynek. Nauka, jaką wynosi się z ich lekcji, nie znosi sprzeciwu. Dziewczynki lubią róż, chłopcy lubią wojnę. Ale co wobec tego można zrobić, poza stwierdzeniem "O. Butler ma rację" i spektakularnym rozłożeniem rąk? Poza teoretycznym wyjaśnieniem teoria zdawała się psu na budę. Wywrotowość i rebelianckość teorii queer jest git, ale wzgląd na dziecko tępi ostry pazur jej tez. Przecież nie będę krzywdził dziecka, zmuszając je na siłę do buntu wobec innych dziewczynek i rygoru, który narzuciły. Zwłaszcza, że są bez winy. Ich same wyszkolono, by postrzegały róż i trzpiotowatość jako "naturalnie dziewczęce". Ja mogę sobie pozwolić na towarzyskie odrzucenie, ponieważ to ja wyznaczam "towarzystwo". Dziecko nie ma takiej władzy, zdane na łaskę i niełaskę szkolnego środowiska. Można wytłumaczyć mechanizm działania "gry w dziewczynkę i w chłopca", ale ta wiedza wisi w próżni jak putto, nieprzydatna w okrutnym świecie dzieci.
Kilka dni moja siostrzenica temu bawiła się z kuzynem w Lego Star Wars. "To klon" - tłumaczy - "On jest z Yodą, czyli dobry. A tu są armaty, one nie są zbyt dziewczyńskie, ja wiem". Zamarłem w słodkim rozleniwieniu, droid wypadł mi z ręki.
|