| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
RSS
niedziela, 05 lutego 2017

Zastanawiam się jaką przyjąć strategię oporu wobec Roku 2016 r. Nie chcę używać patetycznych słów takich jak drugi Weimar, dlatego dla tych ciemnych czasów przyjąłem neutralną nazwę Roku 2016. Nazwa "strategia oporu" może nie być wystarczająco precyzyjna, a raczej pochodzi ze słownika, który został zdyskredytowany. Jakiego oporu? Opór nie jest możliwy bez założenia dobrej woli u ludzi. To nie oporu chcę, ale przetrwania. Fakt, że zwyciężył totalny ignorant, łapczywy oszust i bezczelny kłamca, bo jego ściemniona furora była bardziej "autentyczna" nie może pozostać bez konsekwencji. Jeszcze w 2015, pomimo tego, że kraj w swym dotychczasowym kształcie się walił, wierzyłem, że zasadniczo ludzie chcą dobrze, mają elementarną dobrą wolę i dążą do tego, by świat przetrwał. Teraz chcę zamilknąć, zwinąć proporce, skupić się na swoim własnym interesie. Muszę znaleźć gdzieś pojęcia, które działają bez oświeceniowego optymizmu. Działają, tzn. da się przy ich pomocy funkcjonować.

Barack Obama wierzył, że ludzie mają elementarną dobrą wolę, dlatego zostawił na stanowisku szefa FBI, a ów w przeddzień wyborów wyprodukował nieistotne pismo o e-mailach, w których nic nie było. Miejsce na szlachetne założenia tego pokroju to lamus.

01:27, guermantes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 stycznia 2017
niebyłe sytuacje

Sytuacja 1

Mój były (wtedy nie były): nie mówisz mi wszystkiego.

Ja (do siebie): dobra, powiem mu coś.

Mówię mu coś (nie wszystko).

Mój były wścieka się i obraża za wyznanie mu tego czegoś.

 

Sytuacja 2

Mój były: znowu nie mówisz mi wszystkiego.

Ja (do siebie): nie powiem mu, bo się wkurzy.

Milczę.

Mój były wścieka się i obraża za nie mówienie mu wszystkiego.

19:34, guermantes
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 grudnia 2016
Dziubson

Poznałem nowego człowieka. Weźmy w nawias jego imię - do matki mówi per "Dziubku", więc ochrzciłem go "Dziubsonem". Dziubson w zasadzie wypełnia całe moje dni. Nie spotykam się z nikim innym. Znowu słyszę w głowię tę mantrę: nikt inny mnie nie potrzebuje, nie potrzebuję nikogo innego. Dziubson mnie potrzebuje, ponieważ wystarcza mu to, co mu daję.

Dziubson jest pojmowalny w zwykłych, uchwytnych kategoriach. Wiem, skąd pochodzi, ile ma rodzeństwa, jacy są jego rodzice. Wiem gdzie pracuje, ile zarabia. Znam jego kaliber - wydaje się wymierny. Tym małym szczegółem mnie zdobywa: mówi mi dużo. Uspokaja mnie swoim osobistym wielosłowiem. Nie ma tajemnic do odkrycia, mimo że nie znam całej jego historii. 

Chodził na psychoterapię, ale nie ma choroby psychicznej (co za nowość!).

Dziubson jest cały szary. Nosi się w szarościach: szara jest jego budrysówka, sztruksy, bluza i szalik.

Śmieje się z moich żartów, zwłaszcza gdy zażądam. Lubi i jest lubiany przez kocie istotki. Same plusy.

23:44, guermantes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 sierpnia 2016

Odkąd rozstałem się z J*

jem mniej, bo po co jeść, gdy nie można tego celebrować (żywię się goryczą)

wymyślam bon-moty typu "my tu gadu-gadu a raciczki płoną" (bo skwar), które tak by pasowały do opisania szczęśliwych chwil (wena przychodzi poniewczasie)

mój wzrok się wyostrzył, po raz pierwszy widzę rzeczy, które wcześniej mijałem 1500 razy spacerując po okolicy (na tyłach Mysiej3 jest gdzie usiąść i są drzewka, wow, plac 3krzyży ma tajemnice)

17:46, guermantes
Link Komentarze (1) »
sobota, 20 sierpnia 2016

Oglądanie filmów z drugą osobą daje przyjemność przekraczającą to, co jest do pojęcia, ponieważ metafory, którą możnaby ją opisać, nie pochodzą ze słownika. Jedynie leśmianizmy lub schulzologiczne słowa-klucze dałyby radę (ale tylko w piątki). Oczywiście największą przyjemność - z wybrankiem. Nie ma nic wspanialszego niż przeżywanie emocji wspólnie, w łóżku, wieczorem, z przyciemnioną lampką w tle, z przygotowanymi słodyczami i napojami. Mój kaliber frajdy zwiększa się, gdy pokazuję film, którego wybranek wcześniej nie widział - starannie wybrany pod kątem jego wrażliwości, inteligencji i emocjonalnych preferencji. Przeżywamy wtedy wspólnie emocje, ale emocje, jakie wzbudzi we mnie dany obraz, nie są kompletnie nieznane (to sprawia, że czuję się bezpieczniejszy). Przeżywam je na nowo, w inny sposób, wespół z obserwacją emocji drugiej osoby. Odkrywam wtedy sensy, których wcześniej nie dostrzegałem i doznaję sensacji, których nie mogłem poczuć. Jeżeli oglądamy film nowy dla nas obu, obraz zajmuje moją uwagę, której brakuje na studiowanie emocji drugiej osoby.

15:28, guermantes
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lipca 2016

Zerwałem kontakt z A* gdy ta związała się z mężczyzną. To nie była jej decyzja, ani efekt wychodzących od niej sygnałów. Pomyślałem sobie po prostu, że nie jestem już jej do niczego potrzebny.  

Nigdy się nie zastanawiałem nad decyzją psychiki w tej sprawie. Nie chciałem tego intelektualizować. Skoro taki był impuls, to tak powinno być, skoro wyszło tak samo z siebie.

Zawsze przyjaźniłem się jedynie z singielkami. Gdy znajdowały miłość, znajomość umierała. Takie są niepisane, skodyfikowane prawa relacji międzyludzkich, oczywiście. Ale to po prostu niemożliwe, aby to tak działało. Oczywiście, że przyjaźnie trudno wytrzymują zaborczość związku. Ale mimo wszystko to niemożliwe.

Życie M* też się zaczęło - podobno ma kogoś w Warszawie, na Muranowie. Nie wiem tego oficjalnie, ale widzę po profilowych i zostało to powiedziane nie wprost. Nie śmiałem pytać.

Zerwałem też znajomość z inną A*. Nie znalazła chłopaka, ale podczas rozmowy z nią zrozumiałem, że ona mnie nie potrzebuje. Nie pamiętam jakie słowa wywołały ten wniosek. To musiał być jakiś znaczący niuans. Zniecierpliwienie, odległe spojrzenie, wysilony komplement, ulotne znaki odrębności naszych wrażliwości. Pamiętam, że owo "zerwanie" nastąpiło na jesieni 2009 r., na przystanku przy muzeum narodowym. Patrzyłem wtedy na wieżowiec-młotek naprzeciwko Narodowego i myślałem "to koniec". A* komplementowała moją twarz w ruskiej czapce (że ładnie wyglądam w czapce). Zabrzmiało to tak, jakbym wyglądał ładnie jedynie w ruskiej czapce. Wkurzyłem się wtedy, ale to nie ten małostkowy odruch sprowokował poczucie obcości.

Gdy potem spotykamy się moje odległe jednostronne wypowiedzenie przyjaźni (przepraszam za prawniczy język) zdążyło wykreować nieodwracalny stan, do którego oboje przechodzimy do porządku dziennego. Rozmawiamy jak ludzie, którzy przeszli kryzys o nie dających się zmienić konsekwencjach (kłótnia, nadużycie zaufania), nad wyraz uprzejmie milczący o jego przyczynach.

Dlaczego tak się dzieje? Nie przypisuję wielkiej wagi do tego, co mogę ludziom dać. Ani świetnie nie gotuję, ani nie mam zbyt ciekawego życia. Zbyt mało czytam, bym mógł opowiadać. Nie robię nic ofiarnego. Nie współtworzę żadnej społecznie użytecznej inicjatywy. Nie umiem ciekawie mówić w obcych językach.

Poza jednym wyjątkiem. Mam poczucie, że umiem aranżować przestrzeń i zestawiać przedmioty. Zbieram je, aż w mieszkaniu nie da się żyć od natłoku cacek, kuriozów, cudeniek, waniek-wstaniek, puzder i śnieżnych golemów.  Nie chodzi o to, że w takich przestrzeniach da się żyć - wręcz przeciwnie. To afirmacje nadmiaru dla samego nadmiaru, z miejscem dla człowieka, ale na uboczu, jako kustosza.

I szerzej - wizualność. Mam silne poczucie, że rozumiem obrazy. Jeżeli robienie ze mną czegokolwiek ma sens, to jest to np. pójście do muzeum.

Wytłumaczenie: nie twierdzę, że rzeczywiście mam "wyczucie obrazu", ale według mojej psychiki je mam, co wychodzi na jedno, bo życie psychiczne dyskretnie rozdziela role i podejmuje życiowe decyzje, które formalnie są racjonalne.

Ten aspekt jest nienaruszalny - nigdy nie zwątpiłem, że mam tę umiejętność. W zasadzie jedyną szansą na przetrwanie przyjaźni (według mojej psychiki) są odwiedziny w moim domu. Pamiętam ten dziwny okres, w 2004 r., gdy, w dniu w którym się poznaliśmy, zaprosiłem M* do swojego pokoju w domu rodziców. Naprawdę nie dawałem szans tej znajomości. Chciałem bardzo brzmieć jak ktoś interesujący, ale wszyscy widzieli, że to potiomkinowska bujda. Pamiętam to mgnienie zaskoczenia w oczach M* gdy rzucił okiem na mój pokój. Zaczął oglądać książki. Nie komplementował mnie, ale zobaczyłem co chciałem zobaczyć. W tej sekundzie znalazłem spokój i uwierzyłem, że on może mnie polubić.

00:03, guermantes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 lipca 2016

Dużo czasu prokrastynuję na instagramie. Początkowo profile z selfie wzbudzały we mnie święte oburzenie. W swym polu rażenia obejmowało ono jednak małą myśl, którą początkowo zamiotłem pod dywan: "szczęśliwi ludzie". No bo po jaką cholerę robić sobie 20 zdjęć pod rząd?  Rozumiem jedno. Rozumiem dwa. Trzy to już ironicznie. Dalej zaczyna się już majaczyć zatrata dystansu do siebie. Najbardziej kozackie wydawały mi się instagramy z obiektami lub innymi ludźmi jako obiektami, ale bez narcyzmu i nachalności selfie, np. to:

https://www.instagram.com/esotericsurvey/

Proporcje obiektów do autoportretów bezwiednie pokazują działanie psychiki. Bezludne profile pokazują niezakochanie w sobie i poznawczy stosunek do rzeczywistości. Selfie - pustotę.

Ostatecznie jednak co mamy do zaoferowania światu? Nie ten quasi-obiektywny kadr z miejską ulicą (który jest ucieczką), ale cholerny narcystyczny autoportret, który pokazuje podstawową rzecz: lubienie siebie. Rzecz z którą mam problemy. Wydaje mi się, że mizoginia (nielubienie ludzi) to wyłącznie wersja oficjalna, którą psychika prezentuje światu by utrzymać w tajemnicy wstydliwy fakt braku samo-akceptacji. Wygląda na to, że ludzie robiący napadowo selfie odkryli jakąś cholerną tajemnicę istnienia. I bardzo im zazdroszczę ich obiektywów. Tak po prostu wyjść do kawiarni i mieć pewność, że ma się coś do powiedzenia - to musi być uskrzydlające.

23:32, guermantes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 marca 2016

W zasadzie mój plan sprzed kilku lat wypalił (co uniemożliwia mi użycie w zdaniu pięknej frazy "zejść na manowce"): przestałem serio traktować fejsa i "odkryłem" moją siostrę. Gadam z nią, smsuję. 

Odrobinę, naprawdę o milimetr przybliżył się ku realizacji powrót do życia analogowego. Czytam, jak kiedyś dawno dawno temu, jedną książkę naraz od początku do końca, a nie kilka po trochu i nigdy do końca. Coraz częściej robię jedną rzecz na raz. Uwaga - zapominam zabrać na spacer telefon. Niestety wciąż nie umiem nie rozpraszać uwagi. W dni robocze pomiędzy wytwarzaniem PKB zajmuję się lukaniem w hasła na wikipedii typu "papier-mache papal tiara" i to nie jest dobre. To jest znak nie milknącego kryzysu, nazwijmy go dla ułatwienia kryzysem papieskiej tiary z papier-mache. To nie tak, że papieska tiara z papier-mache doskwiera mi na spacerze w lesie albo na siłowni. Gdy robię coś fizycznego, jestem w tym bezpiecznie pochłonięty. Nie muszę co chwila lukać w smartfona.

Dotychczas kilkukrotnie potrzebowałem skoncentrować wszystkie siły i uwagę, np. podczas przygotowań do egzaminu zawodowego, do egzaminów etapowych, do prac magisterskich, ale skapitulowałem - kończyłem każde takie przedsięwzięcie blamażem w walce z papieską tiarą. Nigdy nie zdołałem na sobie wymóc koncentracji uwagi. Miałem otwarte kilka książek a w tle działał fejs i leciał włączony film. Udawało mi się czegoś nauczyć, coś napisać, ale nigdy wbrew papieskiej tiarze. Pamiętam, że podczas nauki do egzaminu w kółko oglądałem w tle filmy o szukaniu adekwatnej narracji o jakimś zjawisku (Zero Dark Thirty, Milczenie owiec). I tak 10 x z rzędu, codziennie. Brawo ja.

Kocio zachorowało po tym jak odebrałem jej cud macierzyństwa. Chodzi w kubraczku i kołnierzu, który wygląda jak klosz od lampy.  Tzn. mało co chodzi, to jest takie niezgrabne pół-czołganie się. Które trwa od 3 tygodni.

Janka więcej nie ma, jak jest. Z powodu pracy.

W robocie dni czarnej grozy. Mechanizmy spustowe westchnień mają mnóstwo roboty.

22:40, guermantes
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 października 2015

Zeszliśmy na dół do archiwum: ja jako prawnik spółki, sekretarka, kierowca firmowy, dwie księgowe i prezes zarządu. Sekretarka jest nowa, wszystko przyjmuje bardzo poważnie (przychodzi do pracy z czapką z napisem patataj). Wysłuchaliśmy filipiki pt. "Czemu do jasnej cholery w archiwum jest takie burdello". Że opony nie są obracane o 30 stopni w rezultacie podczas zmian z letnich na zimowe i odwrotnie jest problem. Że pudła w archiwum są nieułożone według alfabetu. Że dokumenty z księgowości są rzucone pomiędzy dokumenty nie z księgowości. Że półki zajmują jakieś bety. Młodsza księgowa (w ogrodniczkach i w bransolecie z kolcami nad prawą dłonią) mówiła: to nie my, to już tak było. Kierowca na różne pytania odpowiadał, że on nie wie, że nie on (klasyka). W powietrzu unosił się silny zapach kauczuku. W istocie w ciemnym magazynie znajdowało się wiele przedmiotów o funkcji poszłej w zapomnienie. Nie umiem ich jednakże nazwać z uwagi na deficyt uwagi poświęconej tymże. Moją uwagę zwróciło co innego.

Wyczułem, że to wszystko wystudiowane: ataki szału po prostu są potrzebne w zarządzaniu personelem. Nowa sekretarka nie wiedziała, że to taka konwencja (biedactwo) i naprawdę się przejmowała. 

Zobaczyłem wtedy, że dzięki niemu i przez niego tu jesteśmy. Dzięki niemu pracujemy. On stworzył pewną sytuację, którą wprawia w ruch swą organizacją. I on czerpie z tego przyjemność. W pewien sposób kreujemy jego poczucie sensu istnienia. Heliocentryczny układ, który stworzył swą nieporuszoną obecnością daje mu satysfakcję. Zarabia na tym, to oczywista. Ale ma to smak władzy nad ludzkimi zachowaniami, emocjami. Zarządza konfliktami. Rozgryza ludzi. Eksploatuje ich. Zwalnia. Przeprowadza "rozmowy roczne".

Zobaczyłem wtedy, że tak można żyć. Z tego można czerpać satysfakcję. Nie chodzi tylko o osiąganie celów, o przelewy na konto, ale o kreację małych światów, małych społeczeństw dla samej możliwości obserwacji jak funkcjonują.

Zobaczyłem wtedy, że "zarządzanie ludźmi" przekracza wszelkie cele zarobkowe. Być może przelewy przechodzące i wychodzące nieubłaganie się odzwierciedlają, a obserwacja ludzkich losów przynosi znacznie większy, choć nie wymierny w pieniądzu, zysk.

23:56, guermantes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 września 2015

T. powiedział mi niegdyś:

-Kto jest twoją diwą?

-Diwą? Nie mam diwy.

Idea diw była mi zupełnie obca. Mizantropi nie mają diw. Żeby mieć diwę, trzeba choć trochę lubić ludzi.

-To co z ciebie za gej.

Nie kupuję tego. Że niby posiadanie diw jest normalne. To bardzo głupie. No ale dobra.

T. mówi dialogami z "Nocy i dni". Jego diwą jest Jadwiga Barańska (ja oczywiście nie znam się na polskich filmach realistycznych, poza filmami Antonisza, więc za pierwszym razem nie za bardzo kojarzyłem kto zacz).

Ponieważ jestem podatny jak mało kto na bycie wkręcanym w lubienie różnych rzeczy (ostatnio Z. wkręciła mnie w lubienie białych mebli, a B. w bojówki), idea diw zaczęła powoli się rysować w mojej głowie. Nie bez wpływu na to ma fakt, że śpię pod wizerunkami diwy J.

Wtem, wczoraj (które nastąpiło po niegdyś), rzekłem do J.:

-Postanowiłem, że moją diwą będzie Amy Winehouse.
Diwą J. jest Anja Orthodox, Jarboe i Renata Przemyk (gdzie Anja to Bóg, a Renata to Jezus). Nie wiem czy teoria diw dopuszcza koncepcję trójcy przenajświętszej.

-Diwy nie można postanowić!

-Każdy ma swoją drogę do diwy - odparłem sentencjonalnie.

Rzeczywiście nie wiem czy wybrałem właściwy sposób na posiadanie diwy. Być może udział woli zniweczy moją diwę.

14:09, guermantes
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 sierpnia 2015

Aktualna notka o obsesjach

1) przedmioty - dobra, trochę ochłonąłem z fetyszyzmu bibelotów. Wynika to pewnie z nadmiaru rzeczy. Mam już tyle lat pewne bzdurki, figurki, bozie, baby, obrazeczki & puzderka, że już mi się przejadły, zdążyły zrobić wielki powrót i zawrócić ponownie do lamusa historii wiedzione pokutnym widzimisię. Nie chodzi tylko o samo znudzenie. Przestałem w nich dostrzegać wartość duchową i zdolność do przekazywania znaczeń. To niesamowite, choć z punktu logiki przemian całkowicie wytłumaczalne, że człek żyjący za młodu w świecie firanek w kolorze ecru, ogniotrwałej meblościanki, paprotek i dywanów perskich otacza się później masą dizajnerskich cacek by wymazać z pamięci biedę i burość by w końcu nauczyć się, że kolorowość może brać się z kombinacji jednego elementu.

2) tiszerty z fajnymi nadrukami - to ja się starzeję, bo wydaje mi się, że mężczyzna w zwykłej koszuli jest najseksowniejszy a prasowanie to jedna z technik medytacji transcendentalnej.  A tiszerty nie nadają tonu. Są robocze i chłopięce, nie nadają formy.

3) Styl przestał być aż tak istotny. Gdy spotykam na swej drodze dandysów, odczuwam przypływ życiodajnych soków dawnych obsesji stylu, ale to krótkotrwałe przebłyski. Te ukłucia dandyzmu są bolesne, bo pełne podziwu i żalu, a takaże świadomości, że mi z tymi z nimi nie po drodze.

4) Odnotowywanie. Pozostawianie śladów. Dokumentowanie zakupów rachunkami, pieczołowicie spinanymi po 50-70 sztuk i zamkniętymi w pudełkach z Leroy Merlin. Fiszki z bazgrołami: plany dnia, numery telefonów, notatki z pomysłami. Czy nie zdarzało wam się dać się pochłonąć lekturze historii konta? Przypisanie kwot do dat i ciągi znaków, które odnoszą się do faktu gospodarczego, a jednak mają w zanadrzu sens bogaty w retrospekcje. Utrwalanie. Archiwizowanie. Uratowałem od zguby kompa z 1999 r. i laptopa z 2007 r. Włączam je czasami i czekając aż enter zadziała, próbuję odgrzebać w mrowiu danych te wszystkie przełomy, pseudoprzełomy, kryzysy, uniesienia. Paragony fiskalne pracują w zawodzie magdalenki. To nerdowsko przekozackie.

16:56, guermantes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 marca 2015

Wybrałem się z J. do Proximy na Renatę Przemyk. Przystanąłem w emeryckim sweterku z pikselowym jeleniem przy barze i poczułem SPOKÓJ. Następnie przycupnąłem jak tabaka w rogu z tyłu sali (sala tańczyła) i znowu poczułem SPOKÓJ. Myślę więc: o co chodzi z tym SPOKOJEM, który WYPEŁNIA MĄ DUSZĘ zaznaczając swą obecność KAPITALIKAMI?

Teraz już widzę wszystko wyraźnie. Wynikał on w sposób oczywisty z owego sweterka, z owego tkwienia poza głównym nurtem zabawy. Miałem też w zanadrzu parę bonmotów, którymi mogłem rzucać na poczekaniu (wcześniej żarty przychodziły mi z trudem - mogłem żartować tylko po gruntownym przygotowaniu).

Było mi wszystko jedno co sobie ktoś pomyśli. Że jestem nudny, że nie umiem się bawić - proszę bardzo. Że się nie znam - proszę bardzo.

Wreszcie, po tylu latach. Mam wszystko gdzieś! Co za ulga.

Sięgnięcie pamięcią do czasów minionych wydaje się nierealistyczną podróżą przez egzotyczne i cudzoziemskie światy. Umowną cezurą niech będzie rok 2009. To czasy stawania się sobą. Gdy już jest się sobą, to ta sobość nie uznaje za wiarygodne żadnych relacji o czasach sprzed cezury. 

Traf chciał, że ramy czasowe mojego rozwoju mają też te same geograficzne współrzędne. Moje ja osiągnęło swą postać mniej więcej wtedy, gdy przeprowadziłem się z Łodzi do Warszawy. Łódź ma dla mnie smak formowania się, Warszawa smakuje formą skończoną. Gdy jednak przyjeżdżam do Łodzi nie rezonują echa tego formowania. One złożone są pomiędzy bajki, złe bajki. 

Niepewność: co powiedzieć, co myśleć? Co inni pomyślą. Jasne, teraz też jest, jako antidotum dla bufonady. Ale to już nie ta zła, cholerna, dawna niepewność.

Zygzak migruje pomału.

10:10, guermantes
Link Komentarze (1) »

09:28, guermantes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 stycznia 2015
miejsce: "Miąższ", knajpka na Saskiej Kępie
rozmówca: korpolud z korpo
okoliczności: zajadamy wegański smalec
temat rozmowy: współżycie z sąsiadami
morał: abstrakcyjny humor zabija interakcję

 

-Mój sąsiad z dołu miał z nami problem. Mój poprzedni chłopak lubił skakać - uczył jazdy konnej i często chodził skacząc.

Ja: A może dolewałeś mu do zupy soku z gumijagód?

[karzący wzrok]

19:03, guermantes
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 stycznia 2015

Byliśmy na wystawie o masonerii. Nęcąca idea: być częścią organizacji dysponującej książką telefoniczną do osób z predyspozycjami duchowymi lub pieniężnymi. Chodziło mi po głowie aby stać się częścią jakiejś organizacji, grupy i wyzyskiwać tę przynależność dla załatwiania spraw życiowych, duchowych, zawodowych. Nie być zdanym na przypadek w poszukiwaniach pracy, zleceń, przyjaciół, przewodników duchowych. Dobre 8 lat temu myślałem o buddystach. Organizacje LGBT? Oczywisty wybór. Mistrzowie tsundoku? Maniacy wikipedii? Varsavianiści? Kartografowie fikcyjnych światów? Wyznawcy Latającego Potwora? Opus dei ateistów, jeśli istnieje? Impotenci liczby Dunbara? Tak.

Pomysł wziął się z "Aniołów w Ameryce". Gdy Mormon ląduje w nieznanym miejscu, zawsze ma się do kogo zwrócić i zostanie przyjęty i nakarmiony. Podobnie wyobrażam sobie międzynarodówkę buddystów. Gdy odnajdują salkę do medytacji w odległym punkcie globu zawsze mogą tam przycupnąć i napić się herbaty, czy nie tak? Żydzi znajdą schronienie w gminie żydowskiej.

Przez wzgląd na nieznośną ideę braterstwa nigdy nie mogłem się przemóc, by wejść w jakąkolwiek organizację. Nie potrafię w sobie odnaleźć poczucia przynależności. Cóż z tego, że jestem homo? Kompletnie nic z tego nie wynika. Poza doświadczeniem opresji, niewiele mnie łączy z innymi gejami. 

Chyba, że jest stowarzyszenie mizantropów. Do niego się zapiszę i będę podtrzymywał brak quorum podczas wyboru władz. To da pewność trwałej obstrukcji w powołaniu jakiegokolwiek organu. Emblemat takiego kadłubowego ciała będę nosił z dumą w sercu.

00:24, guermantes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 listopada 2014

- Brum brum.

-Gdzie jedziemy?

-Ha! Wiesz w co się bawiliśmy? W onomatopeję Rorschacha. Już wiem o tobie wszystko!

09:21, guermantes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 października 2014
Apologia warsztatowego błędu

Poruszają mnie zdjęcia poruszone. Mają w sobie ozdrowieńczą dynamikę braku pozy. Fotografia powinna spróbować odkryć swe niechciane, wstydliwe dzieci, odpadki geniuszu, usunięte poza margines percepcji i pamięci. Na warsztatowych wpadkach odznacza się duch, który nadaje poruszonym zdjęciom piętno dzikości. Tam gdzie twarz się chowa pod całunem poruszenia, tam wychodzą z zakamarków detale: architektoniczne, modowe, sytuacyjne. Mowa tych detali wybrzmiewa szeptem, który zagłusza główny bohater: portretowany.

Zdjęcia poruszone zostały wywołane niepojętym cudem. To również niech da obraz ich zupełnie wyjątkowej sile oddziaływania. Są to bowiem diamenty poprzez antecedencję. Często nie sposób się nimi zachwycić od razu. Dopiero upływ czasu odsłania ich wartość, ich piękno radiowego amanta. Docenienie zdjęć poruszonych ma w nieunikniony sposób retrospektywny przebieg. Do zobaczenia w zdjęciach poruszonych czegoś poruszającego potrzebny jest dystans, odległość czasowa. Oko potrzebuje czasu by zobaczyć piękno.

Ich legitymacja do obiektywności jest silniejsza niż fotografii pozowanych, dobrze wykadrowanych, nieporuszonych, udoskonalonych w photoshopie.

Sprecyzujmy: nie chodzi o zdjęcia spreparowane, lecz niedoskonałe przez przypadek i ocalone od zguby przez niepojęty akt łaski ze strony warsztatowego perfekcjonisty. Opisana pokrótce koncepcja nie jest koncepcją fotografowania, ale koncepcją interpretacji. Nie konceptualizuje ona tworzenia, ale jest regułą odczytań istniejących zasobów. Jest to reguła estetyki nadmiaru: apeluje ona do szacunku wobec nadmiaru, do czułej wyrozumiałości wobec śmietnika historii.

17:46, guermantes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 października 2014

Gdy byłem w liceum moja grupa znajomych grała w RPG. Też chciałem grać w RPG. Spróbowałem dwa razy.

Za pierwszym razem zapragnąłem być deistycznym bogiem. 

-Chce istnieć, być wszechwładny i nic robić - zaproponowałem.

-To bez sensu, to rozwala całą zabawę - odparł mistrz gry.

Za drugim razem wybrałem swoją postać, wylosowałem jej cechy, jej punkty, jej zaklęcia, jej artefakty. Siedzieliśmy w restauracji "Sapporo" w Łodzi. Pierwszy raz w życiu jadłem sushi. Wraz z innymi postaciami gry wyszedłem z karczmy.

- Co teraz robisz? - spytał Mistrz Gry.

-Siedzę w pozycji lotosu.

-Nie możesz siedzieć w pozycji lotosu, to bez sensu.

Nie pamiętam dalszych przygód, ale jeżeli nie zapadły mi w pamięć, to nic się nie wydarzyło.

Już nigdy więcej nie próbowałem grać w RPG.

23:25, guermantes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 września 2014

W: Nie wierzę w znaki zodiaku. Poza swoim.

22:46, guermantes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 sierpnia 2014

Siedzimy na naszym 8,5 piętra w ciemno-jasnym świetle naszej głównej lampy. Daje stożek jasnego światła - w zasadzie można czytać tylko w świetle stożka - to znaczy tuż pod nią. Reszta ginie w pomroce.

Słyszę dziewczęcy krzyk unoszący się podwórka, na którym rośnie kasztanowiec zjedzony przez kasztanowcowiaczka.

-Kurwa, umyć Ci judasza???

-Dziewczęcy krzyk krzyczy "umyć Ci judasza?" - relacjonuję J, który układa pasjans na czas i nie wsłuchuje w odgłosy unoszące się z podwórek. Mycie judasza wydało mi się rzeczą z innego wymiaru, bowiem judasze mają zaślepki i dlatego nie zbierają kurzu.

-A Ty, umyjesz mi judasza? - zapytał przytomnie J.

-Pewnie, że Ci umyję.

-Dziękuję Ci.

23:27, guermantes
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

-dlaczego dałeś kotu na moim wyjątkowym talerzu? -na odwrocie dałem. dlaczego jest wyjątkowy? -bo ma kropeczkę.

18:59, guermantes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 sierpnia 2014
Przez pierwszy tydzień po prostu nienawidziłem tego kota. Nie rozumiałem, dlaczego jest autystycznym kłębkiem kłaków: ucieka wzrokiem gdy na nią patrzę, jest całkowicie obojętna na moje wołacze (Jubabo, kurczaku, ćmołapko) i mianowniki (koteł, kotecek). Były plany żeby ją odwieźć do Poznania - przypadek zrządził, że w umówionym dniu na przekazanie zwierza armageddon śniegowy uziemił kobietę z ośrodka adopcyjnego i wyjechaliśmy z kotem bez umowy adopcyjnej. W sensie formalnym nic mnie zatem z kotem nie łączyło. Ta mała komplikacja zdawała się wybawieniem. 
W końcu Jubcia została, bo rejterada ujawniłaby dziecinadę moich motywacji i zacząłem powoli rozumieć, że jej "chłód emocjonalny" determinują prawa jej natury (w instrukcji obsługi kota wyczytałem, że patrzenie się w oczy koty uważają za niekulturalne).
W pewnym mało uczęszczanym miejscu psychiki czułem też, że na związek dwojga osób dobrze wpływa coś, co można roboczo nazwać "żywe, małe, wspólne źródło problemów".
Z J mamy wspólny front przeciwko kotełowi. To angażuje siłę, która w przeciwnym razie działałaby gdzie indziej.
Gdy nie było rzeczywistych problemów, to je sobie wymyślaliśmy. Istniejące problemy zajmują tyle czasu, że psychika nie zajmuje się problemami nieistniejącymi, przez co nie istnieją.
20:43, guermantes
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 kwietnia 2014

Ostatnio prześladują mnie bezwiedne negacje. Parę tygodni temu redagowałem klauzulę poufności. Napisałem, że "tajemnicą, jest wszystko to, co ujawnione...", na co dział prawny kontrahenta mojego klienta zareagował zrozumiałym fuknięciem. Zdawało mi się, że wysłałem dziś e-maila do Klienta, że "nie składamy apelacji". Po paru godzinach dzwoni klient "Jak to składacie apelację???". 

22:41, guermantes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

Wymienialiśmy elektrykę w mieszkaniu. Nie przewidzieliśmy rozmiaru armageddonu. Żeby włożyć kable w ścianę trzeba ją rozkuć na 2-3 cm wgłąb. Mamy w domu Pompeje. Wszystkie sprzęty, buty, naczynia i kot zostały pokryte powłoką kurzu.  Cały czas pucujemy (J więcej). Sęk w tym, że Jubaba nie rozumie o co chodzi  z tą walką z pyłem, więc swobodnie porusza się po częściach nieumytych i umytych. Stempelki jej łapek są wszędzie.

Nasz domek nazwaliśmy (tzn. ja nazwałem a J to kupił) Bajkonur. Nazwa wzięła się stąd, że na portalu randkowym napisałem, że nie jest ze mnie żaden książę z bajki, prędzej z Bajkonuru. Nie wiedzieć czemu nie przyjęła w codziennym użytku, używamy ją jedynie dla celów oficjalnych (np. nazwaliśmy tak nasze wi-fi). Bajkonur leży na tyłach Ludnej, między pomnikiem Sapera, Wisłostradą i Szpitalem Orłowskiego.

W Bajkonurze mieszkają 3 istoty rozumne: ja, J i Jubaba. Jubaba jest cała szara. Ma cętkowany brzuszek, pasiaste łapki i brwi-trójkąty. Lubię ją. J mniej: zawsze mają na pieńku. Wszędzie wchodzi, wdrapuje się. Eksploruje zakamarki – i my jesteśmy dla tego Kolumba kolumbarium. Wchodzi pod kołdrę i śpi. Gdy myję zęby siedzi obok mydła i śledzi wodę.  Myślałem, że ma dość mieszkania, to wziąłem ją na spacer. Ale to była masakra. Bała się, cały czas drżała i nie chciała iść. Myślę, że ma dobry charakter – świadczy o tym kilkusekundowe poczucie winy, które utrzymuje się po jakimś złym uczynku (np. po zjedzeniu czekolady ze stołu). Bardzo ostrożnie gospodarzy miaukami – miauczy może 1x dziennie.

 

13:49, guermantes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 kwietnia 2014

Czytam Uwikłanych w płeć Butler na przemian z (De)konstrukcjami kobiecości Mizielińskiej. Uwagi:

1) Butler i Mizielińska komentują i przywołują teksty feministyczne tak, jakby to była rzeczywistość istniejąca na równi z rzeczywistością faktów, zdarzeń i doświadczeń. Tak jak dla renesansu "antyk" był drugą rzeczywistością, istniejącą na równi ze światem realnym. Jest w tym coś z patrystyki, tylko, że zamiast ojców kościoła mamy matki feminizmu.  

2) Pisane to jest w tonie intymnego życia pojęć, tak, jakby pojęcia miały życie intymne. Pojęcia nie mają wcieleń w konkretne doświadczenia konkretnych ludzi w konkretnej sytuacji. Twierdzę, że pistolet nominalizmu trafia kulą w płot - można się zastanawiać nad życiem pojęć w jednostce, a nie nad życiem pojęć. U Butler pojęcia grają w grę poza historią i poza jednostką. Są bezosobowe, pozbawione emocji, niewcielone. Krążą obojętne wobec ludzkiego losu, nieuchwytne, językowe.

3) Krajobraz usłany jest mgiełką bełkotliwej części systemu Freuda. Muszę przyznać, że jestem bezradny wobec refleksji o fallusie, Edypie, kastracji. Freud był terapeutą a jego pojęcia wzięły się z doświadczeń jednostek, które badał. Te jednostki miały imię, historię, traumy. Butler bierze z Freuda tylko pojęcia, nie widząc ich jednostkowości.

15:33, guermantes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29