|
|
<
|
Luty 2010 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
Zakładki:
1* znajomi na bloxie i skądinąd
2* qchnia autystyczna
3* inne blogi, które czytuję
4* fotorzeczy
5* The fertile land of the Real
|
środa, 10 lutego 2010
A jak przyleze do domu, to taki zmałatany pisaniem pism całodziennym, że tak: ziemniaki zetrę i placków nasmażę, naczynia umyję, grzanego wina nagotuję, w pokój się wgapiam, na gg posiadówa - to max co mogę zrobić z dniem. * A rzeczory to ja kocham, kocham! Dziś mówię do kubka, cepeliowego, we wzory kuliste i listne: ach kubasku, ile ze mną przeszedłeś! A teraz leżę wraz z hipciem i wielbłądem i czuję się z tymi rzeczami jak mocarz i władca. Bez pluszaków bym zginął. Mam z nimi tyle wspólnego. Biedronka-lampka i rzeźba ananas, bozia bez twarzy to także moje ukochane maleństwa. Ach. Przesyt i nadmiar rzeczy, które nagromadzają się, zbierają i dublują... Czy to nie wspaniała idea? Ona nakręca mój świat. *Tomek pokazał mi swoje rysunki-malunki. Spytałem go, czy już umie malować.-Dopiero drugi raz w tym tygodniu byłem na rysunku!-I jeszcze nie umiesz?-Nie. Chodzę 3x w tygodniu.-I już będziesz umiał?-Nie.-Myślałem, że nauka rysowania to w mig i już.-Nie.Zaraz mieliśmy lecieć do kina, dlatego karykatura chwiejną kreską zaledwie mi mignęła, gdy kartkował blok z pracami z rysunku.-O. To jest świetne.-Nieee, to tylko taka zabawa.No właśnie, zabawa, a świetne. Ja też muszę iść w bzdety, w nieoficjalne bazgroły, głupoty nie do pokazania. Kartkuję stare kalendarze i od tych kartkowań przypominam sobie, jak cudowne koncepty rodzą się na użytek prywatny. Bo "oficjalne" opowiadania... "oficjalne" opowiadania mają bohaterów wykonanych na użytek zewnętrznych wobec mnie osób i przez to - nieżywych. *Z M. wizyta w CSW i M. wizyta u mnie. Chyba pierwszy raz w historii było mi dobrze, że jestem, gdzie jestem i jestem, kim jestem a M. jest kim jest i gdzie jest. Bez zaglądania sobie w życiorysy - bawimy się.
czwartek, 04 lutego 2010
23:14 dawid a o czym chcesz pogadac?
23:20 guermantes ach no nasze życia wewnętrzne mają mnóstwo supełków lub przeciwnie - małych dziurexów które należy eksplorować
to chyba oczywiste
no chyba, że trza pomocy Pana Od Supełków
lub Madame Zalepiaczki
wtedy trzeba słać wici, pisać na kolanie uniwersały
choć z Panem od Supełków to nie przelewki
23:21 dawid
??
23:21 guermantes
no wiem, można przecież afirmować supły i dziury
23:30 dawid ale o co chodzi?
23:30 guermantes dobra nic :D
23:32 dawid
ok
środa, 03 lutego 2010
;)
|
jak Ci się dzionek dzionił?
|
 |
piękny znajomy - nieznajomy (23:22)
|
spoko
|
 |
piękny znajomy - nieznajomy (23:22)
|
jestem w poradni prawnej UJ i cały dzien tam dzis siedziałem
|
|
|
pytam o życie wewnętrzne
|
 |
piękny znajomy - nieznajomy (23:24)
sobota, 23 stycznia 2010
Kupiłem sobie dziecinną sofę w koronowane buldogi i koty (cholernie twardą). I stół. Mam wreszcie stół! No i do tego fotelo-krzesło i krzesło biurkowe na kółkach. Ale frajda, fiu fiu. Dziś mam w głowie takiego koncepta: weźmy nitkę jaką, albo sznur, przewieśmy przez pokój a na nim zawieśmy kolczyki! Ha! Zróbmy suszarkę kolczyków. Niech mają świątynię dumania, gdzie mogłyby się zabunkrować przed blichtrem eventów. Idźmy w niefunkcjonalność! Drugi koncept, to usiać podłogę maskotkami, w ten sposób, by można się było na nich leżeć i się o nie opierać. Wreszcie mój kąt nabiera pożądanych kształtów. A jest tu wszystkie do wyboru i koloru, boję się wręcz czy ten miszmasz trzyma się kupy. Być może utrzymuje go w jakim takim pasowaniu do siebie jedynie moja myśl, ale obiektywnie to gabinet osobliwości bez ładu i składu.Niestety musiałem wyrzucić pudła, piękne pudła po stole i krzesłach. Takie piękne pudła! A Mariusz mówi:- W rzeczy samej przecudnej urody pudła. Nie lubię przede wszystkim marnotrawstwa i gdybym mógł, rzeczy nabyte zmagazynowałbym w jakich lamusach, silosach przydrożnych, żeby się mogło jeszcze przydać. Taka jest właśnie moja miłość do rzeczy. A Radek mówi na kawie ze mną:-Ty to na blogu ciągłe olśnienia, iluminacje, samouświadomienia!Rzeczywiście za dużo rzeczy o sobie odkrywam. Muszę to ukrócić. To musi się wydawać śmieszne, zwłaszcza mając na względzie, że zapewne wszyscy już odkryli to o sobie, co ja dopiero na dniach odkrywam. Zastanawia mnie to. Czy on siebie nie bada? Nie prowadzi nad sobą studiów? Może się po prostu zabawia i bawi, spotyka się i cieszy się spotykaniem. Może nie zastanawianie się to forma refleksji? Wybawienie przez zabawę?Wypiliśmy kawę w "sztokholmskiej" kawiarni, bo tak "ładnie", świetliście, ozdóbki niet. Przyszliśmy o drugiej a tu cała Warszawa siedzi. Tłum wezbrał. Wspominaliśmy Sztokholm, zimowe ocieplacze do kawiarnianych ogródków na Gamla Stan, czasy krótkiego szczęścia podczas wyjazdu stypendialnego. Ja do Radka: -Myślałem, co dla ludzi jest ważne. Myślę, że dla Ciebie najważniejsze to organizować imprezy z muzyczką, której nikt jeszcze nie ma i palić trawkę. Tego potrzebujesz w życiu najbardziej.-No co ty, tyle mnie znasz i dopiero teraz pojąłeś?Po godzinie rozmowy kawiarnia wyludniała, jakby wydano komunikat "do schronu". Potem wysyła mi smsa z pociągu "Imprezy nie są dla mnie najważniejsze jednak".Iwona do mnie:-Piotr, czy mógłbyś mi przynieść łyżeczkę do jogurtu?-Jest tylko łyżeczka w lilie wodne. -Lubisz łyżeczki w lilie wodne?-Lubię łyżeczki w lilie wodne.-Nie wiedziałem tego o tobie.
czwartek, 21 stycznia 2010
Nie mam czasu na życie wewnętrzne. Wolna chwila w metrze, ale używam jej na ostatni sen. Dziś do 14 w pracy, potem w przerwie między wykładami czytane łapczywie "Chamowo"(potem na wykładzie trzymane jak amulet). Oj dawno tak nie czytałem książki. Z braku czasu "dla siebie" moje życie duchowe dzieje się w biegu, w międzyczasie. Nie jest to super fajowskie.
niedziela, 17 stycznia 2010
Mój świat wewnętrzny nabiera rozpędu. Rozbuchany świat tra la la! Świat w natarciu! Ha! Nie no, po prostu jest mi dobrze z samym sobą, nie biadolę. ok, tylko trochę. Rozpęd wziął się z wsobnych poszukiwań, wywołanych rozmową z Erykiem. Eryk wyzwolił mnie z Bartka. Dzięki jego słowom odkryłem, że mam ze sobą problem datujący się od czasów szkolnych, licealnych, studiów, czasów Maćka.
Nie lubię się. Jak bardzo się nie lubię! Poszukuję chłopca, który mnie polubi. Wówczas, w jego oczach, polubię i siebie.
Ściśle mówiąc, zawsze wiedziałem o tym problemie. Ale dopiero rozmowa z Erykiem dała mi nowe odczytanie. Jak to jest: lubić siebie?
Powróciłem do do mamy i przywitałem ją na dworcu w skowronkach, a nie z miną śmiertelnika-łajzy, jak ostatnio. Rozmawiałem z nią uwolniony od smutków, rozpromieniony spotkaniem. Babci kupiłem kilo żelków na dzień babci, ale nie to istota tej wizyty. Istota tej wizyty wyraża się w radości, jaką odczułem, podobną do radości z dworca. Babcię też to uszczęśliwiło.
Z domu w głuszy walizami, pudłami i pakunkami wywożę księgozbiór. A jak piękny las w zimie! Ale dla biblioteki mrozy zabójcze. Ślady kotów znaczą bielutką połać. Śnieg napadał na okna. Podłoga zimna jak w lód. Chwilę się stanie i już trzeba biec. Wilgoć w powietrzu. Ewakuowałem już działy: Biblioteka Narodowa, Proust, "literatura obca - najukochańsze" i "filozofia - najniezbędniejsze". Filozofię zapakowałem w największą walizę podróżną. Pakowna, ale ciężar nieludzki. Literaturę polską wrzuciłem do torby na kilkudniowy wojaż. Łatwo złapać i unieść.
Księgozbiór w pudłach! Nie chcę. Nie chcę! Chcę domku! Nie jestem nomadą. Łe.
W pracy mam trudne chwile. Wszyscy są przeciwko mnie! Są straszni. Mówią: "Świat toczy zepsucie", "Gotowanie to kobieca sprawa", "wszystkie kobiety...", "wszyscy mężczyźni..." i takie tam. Nie wiem jak mam tam być lewicowym gejem-masochistą, w sztruksach opinających super tyłek, z księgozbiorem w pudłach, którym jestem.
Przychodzi do nas starzec o fizjonomii proroka i nas szkoli z teorii komunikacji ezoterycznej albo ezoterycznej teorii komunikacji. Prawnicy płacą retorowi. Dobre! Podnosi mnie to na duchu, bardzo. Sam fakt, że prawnicy dają krocie filozofowi. Inna sprawa, że ochy i achy jakie to on mądre rzeczy mówi nie znajdują odwzorowania w tym, co ja mam za godne ochów-achów. Liczy się jednak sam fakt, forma, zapomnijmy o zawartości.
Ok są też kochani. Ale i straszni.
piątek, 15 stycznia 2010
23:03:28 dramaqueer są osoby które nie widzą serca, duszy
tylko ciało
23:03:40 dramaqueer ty nie widzisz serca duszy, tylko intelekt
nie wiem co gorsze
23:03:48 dramaqueer a i jeszcze jesteś przeświadczony
23:04:01 dramaqueer że wszyscy tak jak Ty tak samo oddają pokłony intelektowi
23:04:13 dramaqueer i to ostatnie jest chyba najgorsze
23:05:22 guermantes a Ty jesteś się w stanie zakochać w chlopaku ktory mniej od Ciebie wie?
23:05:51 dramaqueer tak
23:19:37 dramaqueer
szukasz siebie
23:19:56 guermantes
no
siebie
23:20:04 guermantes tylko wiekszego siebie
23:20:46 dramaqueer straszne
niezrozumiałe
czwartek, 07 stycznia 2010
Dałem Tomkowi kawalątek opowiadania, żeby powiedział, co myśli. Powiedział, że myśli, że jest ciekaw co dalej, że uwielbiam słowa, których nikt nie używa i że bizantyjski najazd tych słów zabija przyjemność czytania.-Np jakie?-no latyfundium... -no co ty, ja ciągle używam.Ale, ale, ja się uczuliłem dzięki tej uwadze na moje nadużycia w tej materii i chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście ludzie mogą tak ciężko znosić częstotliwe używanie "trudnych" wyrazów. Na prawach eksperymentu zacząłem od niechcenia mówić do siebie w godzinach pracy "latyfundium", "latyfudium" , "latyfundium?", i od nowa "latyfundium". Moja akcja wywołała, nie od razu oczywiście, ferment i zaprocentowała cichymi zwycięstwami w sferze niezauważanych walk duchowych. Mój współpracownik Łukasz spojrzał na mnie w pewnej chwili spode łba, buńczucznie, w przeczuciu drobnych zmian, jakie wprowadziłem w przebieg sił duchowych w kancelarii i powiedział na boku, cichcem:-Latyfundium! Uśmiechnąłem się do siebie wobec tak jawnego tryumfu nad entuzjastami minimalizmu i czepialstwa.
niedziela, 03 stycznia 2010
Dziś mam nastrojek naprawdę pikujący w górę i wznoszący. To dzięki rannym sprawunkom, wizycie w ubiorze jak na wybieg w okolicznych budach ze specjałami i krzątaninie śniadaniowej. Ja nie wiem, to dreptanie z torbą płótnianą z kajzerkami i ananasem i Wyborczą sobotnią daje mi pałera. Idę w tym cholernym śniegu, szuru-buru ćwiczę i tak mi doobrze! Ciekawe jaka jest genealogia tej siły. Nie rozkminiam, czerpię, bawię się. Ja i moje lustro, ja i mój aparat, ja i moja szafa. Tam bije życiodajna siła.
1-ego umierałem zmorzony pijaństwem. Poszedłem na sylwestra do klubu, gdzie znałem tylko Tomka. Tomek wybył około północy w celach romansowych, więc snułem się w onieśmieleniu i przywitałem nowy rok nie znając nikogo. Dzień dobry, mam na imię ofiara losu. Nawydzwaniałem się do wszystkich, którzy bawili się gdzie indziej. Wlałem w siebie całego czerwonego gruzina, naprzeciwko mnie transetka o zblazowanym uśmiechu wypróbowywała taniec "against the rythm" a dwóch identycznych chłopców złączyło się w "robot dance".
czwartek, 24 grudnia 2009
Wszystkiego minus złe misie :)
poniedziałek, 21 grudnia 2009
nieznajomy 1:12
Wyślę Ci jeszcze list w butelce, a jego treść dotrze do Ciebie przez wszystkie krany w domu. Uważaj, bo gdy będziesz brał prysznic, zamiast kropel wody posypią się okrąglutkie literki. :-)
guermantes 01:12 czy one mają walor myjący? "A" ma zadatki na myjkę, w sumie.
nieznajomy - 01:17 Nie wiem, zaskoczyłeś mnie tym pytaniem. Spróbuję wykrzesać z siebie zmysł techniczny i zaaplikować im tę dodatkową funkcję, lecz nie gwarantuję sukcesu. Takie "X" na przykład, chyba do niczego by się nie nadało, ale też po co miałbym wplatać gdziekolwiek w tekst obcojęzyczne dla nas "x".
guermantes 01:22 tak, obce języki zdadzą się psu na budę, jeśli chodzi o codzienne ablucje.
niedziela, 20 grudnia 2009
Mam ochotę napisać o drobiazgu o istotnych konsekwencjach, który zmienił postać rzeczy między mną a Bartkiem, choć obawiam się, że to nazbyt solipsystyczne, by przybrało uniwersalnie zrozumiałą formę. Gdy Bartek wchodził do mojego pokoju, wstydziłem się wszelkich przejawów mojej ekscentrycznych i wybujałych gustów(np. plastikowego ananasa obok bozi bez twarzy) a także znaków mogących poddać w wątpliwość fakt bycia przeze mnie idealnym kandydatem na męża(poppers). Teraz dopiero, w wyniku archeologii wymuszonej rozstaniem, zdaję sobie sprawę z moich uwypukleń. Miałem stracha by być w pełni sobą, bo się przejaskrawiam, dogmatyzuję i dramatyzuję. Nie zdawałem mu relacji z dziwactw, obsesji(chyba, że były to obsesje ułożone i do przyjęcia), trzymałem się standardu. To mnie ograniczało i wprowadzało napięcie w moje esemesy, kaprysy i szeptania do ucha. Przy nim chciałem być domowy, zwyczajny, bezpieczny. Formuła "Nie zaskoczę cię, ty też mnie nie zaskakuj" odbierała wolność, którą w zamian zabrać chciałem również jemu. Dziś widzę to zupełnie wyraźnie. Nie zdobywałem go, ponieważ zdobywanie wywołuje niebezpieczeństwo, niepewność i niestałość. Pragnąłem przyszpilonego motyla a nie łobuzerskiego wariata.
Ostatnie dni zajmuje mi opanowywanie szaleństwa, jakie rozpętało ostatnie miłosne oczarowanie. Mam godziny euforyczne, mam godziny spokojne, najwięcej smutnych, z łatwego do prześledzenia powodu. Spokój daje mi oglądanie fotografii(najbardziej tych modowych) - jak zawsze - widzę w nich ludzi silnych i szczęśliwych z tego, co mają. Chciałbym mieć ich siłę.
Długo rozmyślam w późną noc i te przemyślenia co noc dają mi spokój. Moje noce są spokojne, ale dnie rozgorączkowane, nieukojone i łapczywie nieszczęśliwe. Gdy widzę parę nastolatków w metrze, ściśniętych w półobrocie i tłumaczących sobie swoje emo-sprawy czuję grobową rozpacz, ogarnia mnie czarnowidztwo i płaczę, gdy nikt nie widzi. Potem na powrót jakaś myśl o przewrotnej genealogii mnie ratuje z tarapatów. Tarapaty są ruchliwe. Tarapaty nie śpią.
Teraz już złapałem pewną równowagę wewnętrzną(aż strach o tym pisać, żeby nie minęło). Próbuję sobie przypomnieć zalotne znaki, które ja zmilczałem, ale nie pamiętam żadnego. Nie notuje się ich w pamięci. Nie robi się list odrzuconych. Chłopcy za mało piękni, za mało ciekawi zrobili za mało, nie zaistnieli, cukiernia przy metrze racławicka(tam kupiłem rożki rumowe na pierwszą kolację przy świecach) nie przywołuje wspomnień o kimś takim. Dlatego nie winię Bartka(przeklęty!) i koniec już z tym.
wtorek, 15 grudnia 2009
Powróciłem do domu w głuszy na weekend. Kocur przepadł, nie przeżyje tych lodowatych czasów. Dom, zasnuty żaluzjami i zimny, utracił lipcowo-upalnego szczęśliwego ducha. Myśli mam ołowiane, ciężkie, naładowane smutkiem, inkwizytorskie, wzbudzane w ruch, a raczej popłoch przez moją tęsknotę i dziecięce niezrozumienie, dlaczego całusy ustały. To myśli obwarowane zbolałymi analizami bez końca i śledczymi wspomnieniami. Chyba tak miał na imię błąd we flircie z Bartkiem: ciężkość. Gdybym tylko wziął poppersa albo spotkał się z Kasią pod kocykiem, gdybym na chwilę poddał się zniewalająco lekkim myślom! Taki mały zwiad w rejony małych paktowań z wrogami w wojnie poduszkami. Ile by dał. Nieobecny i z ciężarem na piersi rozmawiam z mamą, rozmawiam z babcią, najważniejsze pozostaje niewypowiedziane. O czym one myślą, jakie są ich marzenia i plany? Tego nie wiem. Zbyt mnie zajmuje własna boleść, by sformułować pytanie, które da odpowiedź. Z nimi dwoma, a zwłaszcza z mamą, należy postępować niezwykle uważnie, bo zwykłemu "co u ciebie?" brak mocy sprawczej. Wywołuje to niekiedy moją niewiarę w życie wewnętrzne mojej mamy. Babcia krząta się kuchennie a ja po pół godzinie milczenia zmuszam się, by powiedzieć: -Poznaję kogoś. Gdy tylko okazuję, że mi zależy, on... ta osoba... ktoś przestaje się do mnie odzywać. -Nie znam się na tym. Gdy zbierałem się do wyjazdu powrotnego, kotek przyszedł, stęskniony, ale dobrze się trzyma(ma nocleg o jakim nie wiem, może we wsi, w stodole). Napoiłem go letnim mlekiem, które z lubością wszamał. W niedzielę wieczorem nabrałem sił i napisałem do niego ponownie. Nie wiem, o czym wtedy myślałem, moje ukojenie, rykoszet wielkich smutków, przyszło nagle i znikąd. Wiedziałem, że jeśli napiszę wiernopoddańczo(czyli tak jak się wówczas czułem), zmilczy moją pocztę. Wzmocniony ukojeniem-falsyfikatem sformułowałem wiadomość tak, jakby mi nie zależało, jakbym złościł się na niego pro forma, wiedziony arystokratyczną nudą a nie ekscytacją czy histerią(histeria to mój stan naturalny). Odpisał. Ze złością. Po każdej kolejnej porażce miłosno-chłopięcej myślę nad błędami i każdemu kolejnemu facetowi jawię się jako nieco inna osobowość. Jednak śledzenie, rozważanie na powrót "błędów" zafałszowuje nowymi intelektualizmami moją samotność. Która czyni mnie słabym i zależnym. Gdyby Bartek o niej wiedział, czy dałby mi nasze dwa tygodnie? A może dałby mi więcej? A może ja bym mu dał więcej? Gdy poznawałem Bartka trzy rzeczy określały to, jak się mu jawię(oprócz znaków mimowolnych, treści nieświadomych) - rozmowa z Radkiem, po której nazwał mnie on Hitlerem bez oczu i uszu (byłem mniej "apodyktyczny"), stosunek Friedy Copperfield do męża w "Dwóch poważnych damach" (jej akceptacja męża z innego świata) i obserwacje sekretarki w naszym biurze (jej "realizm"). Później o tych inspiracjach pozapominałem, ponieważ pojawiły się nowe, a ja pogrywałem sobie z nim tymi nowymi. Nie oznacza to, że byłem z nim nieszczery, nie, po prostu na użytek chwili, wieczoru czy dnia przyjmowałem jakąś być może nazbyt odmienną od poprzedniej formułę mojego zachowania, myślenia lub odczuwania. Moja słabość wyszła na jaw szybko. Ona zatarła poprzednie wrażenia i nakazała mu milczenie.
piątek, 11 grudnia 2009
Być może klęska z Bartkiem łączy się ze sposobem, jakim piszę. Podchodzę do siebie na serio, a z dystansem i ironią tylko podchwyconą mocą jakiejś inspiracji, książkowej lub ludzkiej, ironią chwilową i ulotną, nie wywodzącą się z głównego zasobu mojej osobowości. W przeczuciu śmieszności, zmuszony przez wizję obrazu, jaki tworzę w oczach innych, starannie falsyfikuję dystans, jednak na prawach blagi, w którą sam siebie wkręcam. Ma on jednak niewiele wspólnego z tym, kim jestem naprawdę, czyli śmiertelnie poważnym, zaangażowanym i dającym się ponieść natchnieniom, którym nikt inny nie podlega. Gdy piszę o "wewnętrznej wolności", jaką chcę z prawodawczą butą ustanowić między mną a Bartkiem, nie należy mi wierzyć. Miałem na myśli zawłaszczenie i intymny związek dwóch uzależnionych od siebie ludzi. Czyli coś, na co właśnie Bartek nie wyraził zgody.
czwartek, 10 grudnia 2009
Rozmowa z omartą ukoiła mój niepokój i dodała mi sił. Po prostu trzeba dać sobie czas na zatęsknienie. Bez rozpaczania z powodu jednego nie odebranego telefonu. Z dużym spokojem myślę jednak, że on już się nie odezwie. Uważam, że byłoby to bardzo zabawne, gdyby w momencie, gdy ja myślałem o przedstawieniu go mamie, on zamyślał, jak wymknąć się z potrzasku, jaki odczuwał. Od samego początku prowadziłem grę, także przed samym sobą, udawałem, że mi nie zależy i obróciło się to przeciwko mnie. Ale gdy jakieś zdarzenie zaburzyło mój wewnętrzny spokój pokazałem mu swoje oddanie i to otworzyło mu oczy. Kochałem go nie wtedy, kiedy w jego twarzy widziałem cygańskie, śniade piękno a w głosie słyszałem opiekuńczy, męski bas, ale gdy w jego postaci ujawniały się drobne niedociągnięcia. Gdy w świetle dziennym na policzku widniał pryszcz lub małe wgłębienie. Gdy leżałem na jego piersi twarz deformował monumentalny, rzeźbiarski kąt widzenia, powodując, że miała odpychający wyraz. Gdy jego ruchy nie były przeznaczone do patrzenia dla nikogo. Gdy nieporadnie wędrował przez kuchnię, z wygiętymi plecami kołysał się. Na duże stopy o palcach nie po chłopięcemu gładkich i nieukształtowanych, ale w których widoczny był każdy mięsień, zakładał kapcie o wybrzuszonych noskach, które odbierały jego nogom cały seksapil. Ale to właśnie najbardziej czule podniecający drobiazg. Pożądałem go. Gdy napotykałem niedociągnięcie, nie podważało to mojego pożądania, ale je utrudniało, gdy myślą opracowywałem niedoskonałość.
środa, 09 grudnia 2009
nowe czasy nie nadeszły
Bartek przestał odbierać telefony. Zadzwoniłem do niego, struchlały, w przeczuciu tego, co nastąpi, dziś wieczorem. Wymyślam powody, dla których zamilkł. Wdał się w bójkę na koncercie i nie może czytać moich smsów. Zgubił telefon, mój telefon się popsuł i nikt nie może do mnie dzwonić. W błyskach świateł na wyświetlaczu widzę znak smsa, odgłosy, jakie wydaje dom lub ulica biorę za wibrację i rzucam się i sprawdzam pocztę. Zgubna, bolesna błazenada. Dziś cały dzień myślałem o jego milczeniu. Stulam się w kłębek i bez oddechu myślę, co czuje gdy do niego dzwonię, ale nie mogę sobie wyobrazić, że mnie oszukał. Ufam w prawdę jego zwierzeń i uśmiechów. To niemożliwe, by zdradził. Ufam też znakom, jakie do niego słałem, wyrazom przynależności i oddania.
W niedzielę leżeliśmy na kanapie i słuchałem jego opowieści o dawnym ukochanym, z którym nie chce się już spotykać. Powiedział: "Nie chcę słuchać jego żalów, jak mogłoby być wspaniale, gdyby nie ja". Jego słowa nie wydały mi się okrutne.
Zapytałem się na czacie Agnieszki, czy mogę zadzwonić(chciałem jej powiedzieć, co czuję), napisała mi: "chyba nie umiem odebrać telefonu".
czwartek, 03 grudnia 2009
Nie piszę, bo, choć mam ochotę, wracam zbyt późno, by się do tego zabrać jak należy. Bez wolnej chwili rzeczy wydają się proste - nie trzeba o nich wiele mówić, ich mechanizm narzuca się naocznie. Dać im chwilę i pojawiają się wciąż nowe stany rzeczy, które komplikują obraz. Ja im tej chwili nie daję, brak mi czasu "dla siebie" a co dopiero, by dać sobie czas na przemyślenia o zawiłych sprawach, jak wspomnienie o kupnie róż na Saskiej Kępie.
Dlatego, gdy chcę opisać Bartka - który zjawił się w ciepły listopadowy wieczór na stacji metra centrum, gdy patrzyłem się na kosz na śmieci - przychodzą mi na myśl proste zdania, które oddają go w skrócony i niejasny sposób.
Wcześniejsi chłopcy, mimo wszystko, mieli w sobie coś z mirażu - nie dawałem im siebie poznać bez reżyserii. Przed Bartkiem nie udziwniam się, nie kamufluję, nie robię wrażenia bardziej pokomplikowanego, niż jestem. Wcześniej grałem w obawie, że moja codzienność nikogo nie zajmie bez podkoloryzowania. To był mój flirt - dziwak fantasta. Bartek wywołuje we mnie mnie codziennego, domowego, nie myślącego zbyt wiele. Analitykom mówimy niet. Gdy zaczynam ubierać myśli w nazbyt wyszukane słowa, przybierają inny obrót. Mówię dokładnie tak, jak mi przyszło mi coś do głowy.
Gdybym rozmawiał z Szymonem, powiedziałbym:
-Wiesz? Jak lubię kołysać zaślepką w judaszu! My myszeki lubimy lubimy takie supcio wywrotki i pokazywanie, że funkcje codziennych przedmiotów mamy za nic, że ze wszystkich rzeczy czynimy indywidualny użytek. To podszyte niepewnością kokietowanie, rozgrywka w zdobywaniu.
Z Bartkiem rozmawiam tak:
-Wiesz? Jak lubię kołysać zaślepką w judaszu! Nie wiem dlaczego.
Nie wariuję, nie zachłystuję się mężczyzną, od którego pierwszy raz w życiu dostałem kwiaty. Bartek nie zdobył nade mną władzy, jaką mieli poprzedni chłopcy-reformatorzy, jak Szymon. Nie chcę go na własność, chcę, żeby był wolny, ale nie w sensie poligamii, tylko wewnętrznej wolności, którą daje poczucie, że w każdej chwili można odejść. Może dlatego nie czuję lęku utraty, ani żadnego lęku.
Nadeszły dla mnie zupełnie nowe czasy.
wtorek, 17 listopada 2009
Ach, no nie wiem, i teraz opisać tą wizytę. Złożyłem wizytę Radkowi aka Babuni. Wszedłem po chybotliwej i zwilgotniałej drabinie-schodkach i wpadłem do przestronnej, widnej i nawietrzonej komuny oświetlanej bozią obłożoną choinkowymi świecidełkami. Bosko.
Ale! Ale! Nie lubię, gdy nie jestem centrum szaleństwa, a tu byłem publiką szaleństwa, umilaczem i zachwycaczem, mówiącym "ach, jaki ładny toster ze zmordowaną myszką miki", na co oni "tak, wiemy, że jest fajna". Nie muszę być wyłącznym centrum, wolę być centrum zamiennym, ale tu nie rozdawano takich ról. Szukali tylko słuchaczy.
Tak więc lekko się w siebie wsunąłem. Wzułem. Zwierzenia utknęły mi w gardle.
Oczywiście patrzyłem, tak tak. To typowe dla Radka - on lubi panować, mieć mnie w ręku. Nie spotka się w kawiarni, gdzie obaj będziemy równi sobie. Nie, on mnie wprowadza między jego rzeczy, do jego miejsca, on włącza muzyczkę i mówi, kiedy się zachwycać.
-Tu teraz Piotrek słuchaj, będzie najlepszy moment.
A ty wtedy coś poczuj! To uczucie, kiedy trzeba patrzeć - to działa tak umniejszająco, aż boli, po prawo od serca, uwiera.
Mniejsza o to - gdy zawołał ile słodzę, wykrzyknąłem pełną piersią "JEDNĄ" i odzyskałem rezon, mój krzyk miał w sobie siłę i od razu miałem gdzieś jego szumne panoszenia. Zaczął mnie słuchać z pewną nazbyt wystudiowaną pokorą, pijemy herbatę z pajdą miodu i kęsem imbiru, daje mi dojść do głosu, zaczynam czuć spokój.
Ale zaraz się krząta, przerywa, pisze boyfriendowi smsa. "Przepraszam, ja taki roztrzepany". No pięknie, tylko to jego roztrzepanie miało na celu mnie zbić z pantałyku, o czym on dobrze wie, lub to przeczuwa psubracko. Ja zaczynam o sobie, o ważnych sprawach, najważniejszych, chcę wysłuchania. Ale nie, skojarzenia. Zamiast rozmowy po kolei, zamiast dzielenia się sobą - roztrzepanie, igranie skojarzeniami, pogoń napomknień. Psubracka maniera.
-I dobrze, spontan.
-Ja tu potrzebuję planu tego, co chcę Ci powiedzieć. I ten plan rozjedzie buldożerem Twoje roztrzepanie i wtedy zaczniemy rozmowę. Tyle rzeczy ci mam do powiedzenia. Ale my o głupotach, bez przerwy.
-Plany!(zbija mnie z pantałyku)Brzmisz jak mój obciachowy ex-chłopak.
-A co ty byś chciał? Ty mnie traktujesz jak trzy lata temu. Nic się nie zmieniło?
-Trzy lata temu? A ja mam pamiętać co się działo, zaraz, w 2006?
Tak, trzy lata temu mnie pouczał, byłem neurotycznym akolitą wielkiego mistrza życia - Jego. Nic się nie zmieniło.
-Nie rozumiesz, że celowo prezentuję ci się jako upupiony ugrzeczniony? Bo ty narzucasz mi taką formę. Uważasz, że nie doszedłem do tej wiedzy, jaką masz ty. Świadomie wchodzę i wyolbrzymiam obraz, jaki we mnie widzisz.
-Nie wiem, o czym mówisz.
-Oj Jerdoszleł.
-Jaki Jerdoszleł?
Czy on w ogóle zapamiętuje moje słowa? Czy notuje w pamięci to, co się wydarza? Przecież w Sztokholmie odkryliśmy jego prawdziwe imię - Jerdoszleł, dokonaliśmy prawdziwych procesów fonetycznych, tak zgrabnie zatuszowanych, przemilczanych palatalizacji, jotyzacji, labializacji. Oczywiście nie pamiętał. A odkryliśmy jego prawdziwe imię.
Może jestem dziwny, ale nie umiem się zwierzać w pokoju, w którym kręcą się osoby, których nie znam. Gdy lokatorzy komuny wchodzili w amfiladowym roztargnieniu(kiedy wejście do pokoju nie jest ceregielą, bowiem wszystkie pokoje są przejściowe), spoglądałem spojrzeniem "terytorialnym", aż czmychały.
Nic nie poczułem, lekki dreszczyk emocji, przyjemne zaskoczenia meblarskie - ale nic poza tym. Nic mi nie opowiedział o sobie ani ja o sobie. Chciałbym, żeby ta wizyta coś we mnie poruszyła, ale rozmowa zbyt pędziła, bym miał czas pomyśleć.
niedziela, 15 listopada 2009
Nie znoszę ekstrawagancji, tj. np kupno bombonierki wydaje mi się na wskroś niepotrzebną ekstrawagancją, lubię za to ekstrawagancje, które są funkcjonalne, nawet jeśli ta funkcjonalność znajduje wyraz w dramatycznym braku funkcji. Ach nie chcę zabrzmieć jak dogmatyk, ale wydaje mi się, że takie mam właśnie poglądy w tym momencie. Planuję np stworzyć sobie obok łóżka mały zwierzyniec, tj. zakupić nadmuchiwane zwierzęta, świnię-skarbonkę i coś jeszcze, co nadaje się do zoo. Biję się ze sobą, bo to byłoby nader niefunkcjonalne(po co mi zwierzyniec?), zajmowałoby tylko miejsce, prawda? Ale z drugiej strony odczuwam głęboką wewnętrzną potrzebę posiadania obok wezgłowia mojego materaca zwierzyńca. Z innych planów, to chciałbym też zbudować mój pokój na podobieństwo twierdzy, stworzyć sieć korytarzy, które by chroniły centrum mojego pokoju, czyli wnękę windziarza(to jest wnękę, powstałą w wyniku przylegania mojego pokoju do toru poruszania windy). Ochrona tego centrum wykonana byłaby z chust lub wielkich płatów materiału; rozważam też zszycie ze sobą damskich sukienek w kwiaty z ciucholandu. Mnie zawsze bardzo podniecało meblowanie. Mój szef jeździ motorem po Europie, mój promotor medytuje nad Cioranem w Bukareszcie, ale ja, naprawdę, widzę siebie spełnionego w meblowaniu. Wiem, że jestem w tym nudny i zastanawia mnie to, mógłbym robić też ciekawsze rzeczy, które odpowiadają mojej naturze, np związać się z facetem, który mówiłby mi co mam robić 24/7 i dawałbym się wiązać i unieruchamiać, przynajmniej od czasu do czasu. Ale czasami zupełnie mnie nie obchodzi, czy mogę się wydać ciekawy, dlatego ślęczę całe godziny nad koncepcją pokoju. W "Nowym Wspaniałym Świecie" podpatrzyłem zwieszającą się z sufitu plątaninę kabli o końcach zakończonych lampkami i pomyślałem, że koncepcja zwieszań wielokrotnych mogłaby się sprawdzić u mnie, zwłaszcza, że znajdowałaby analogię w zwielokrotnieniach zasłon i parawanów. O ile jednak w przypadku budowy zasłon, parawanów z chust łatwo o robocze wytłumaczenie, jakich pragnień może być wyrazem(nieufność do ludzi, chęć skrycia się przed spojrzeniami), o tyle nie wiem jak pojąć chętkę na kotłowaninę z lampek. Wiem tylko, że kotłowanina nie leży mi tak bardzo na sercu, jak to, że żeby wiele rzeczy się zwieszało z sufitu.
środa, 11 listopada 2009
nowy pokoik

Duży parapet sprzyja wielobóstwu. Hello Bozia!

Dziadostwo, jak to dziadostwo - stoi w kącie.
wtorek, 10 listopada 2009
Zazwyczaj pokonuję złe myśli sam na sam, ale tym razem, gdy wróciłem do pustego mieszkania, wyjazd mojego współlokatora mnie nastraszył. Pierwszy raz spotkałem kogoś, kogo moje myśli nudziły i doprowadzały do szału w tak pełny, doskonały sposób. Czułem, że mógłbym nie istnieć i to byłoby dobre. Spotkałem anty-siebie. Gdyby wziąć jedną moją myśl i ją odwrócić, on by ją pomyślał. To straszne, straszne. A najstraszniejsze było to, że on czuł do mnie sympatię i miał w sobie dobrą wolę. Ale nie potrafił mnie wysłuchać. Sprawdzał facebooka i trzy razy wyszedł na fajkę, podczas gdy ja mówiłem o sobie. Czuję, że zagnieździła się we mnie niepewność.
-Dla mnie rozmowa to wymiana darów. Ja mówię o sobie, ty mówisz o sobie. Ja siebie daję Tobie, ty siebie dajesz mnie.
-Dary(śmieje się). Jakie to katolickie.
-Katolickie? A co to znaczy? Sprywatyzowałem ten język.
-Sprywatyzowałeś? Jakie to najntisowe.
-Nie obchodzi mnie, jakie to pojęcie ma znaczenie uniwersalne. Używam go na użytek własny.
I od nowa. I od nowa. Dał mi owoce morze, jakby chciał mnie nimi struć, przełykałem ciężko to nie wiadomo jakie zwierzę z morza, dotykałem je językiem i myślałem ze wszystkich sił, by skryć obrzydzenie. Przez pół godziny w jakimś mysim lęku szukałem drogi powrotu przez lasy i pola Pragi. Jechałem metrem a w moich oczach czaił się strach. Nie widziałem ludzi idących obok, zasłaniała mi ich uszanka, ale czułem, że chcą mnie zrzucić pod pociag.
poniedziałek, 02 listopada 2009
podryw przez fellow
guermantes
Hej hej,
Czy po serii wiadomości, w których spróbujemy wybadać, czy nie jesteśmy dla siebie nudni, wyrażasz chęć zapoznania się?
nieznajomy
prawdopodobnie tak ;)
dobry start! ;)
czwartek, 29 października 2009
Mój kotek-znajda to dżentelmen. Nie wchodzi na stoły, krzesła - wstydzi się. Z kolan umyka. Łapie mnie za serce jego nieśmiałość, która zdradza, że nie czuje, by należało mu się cokolwiek. To nie satrapa, znudzony luksusami pantokrator koci. Pieszczoty i przekąski przyjmuje jako dar, a nie należną mu usługę. Prosi o wszystko, przycupnięty w niemym oczekiwaniu. Nie wiem jeszcze, co oznaczają jego miny, pozy, np przymyka oczy i przebiera łapkami, jakby się ślizgał na podłodze i nie mógł się dobrze oprzeć. Czego te udawane ślizgi są znakami?
W czwartek zadzwonili, że kogoś potrzebują i w piątek dostałem robotę. Muszę się powstrzymywać moje samopasy, to już wiem. Nie mogę pytać "Jakich używata bamboszy do chodzenia po biurze?" albo "Pani kochana, skąd pani wytrzasła ten wisior diwski?", to prawnicy. Jeszcze nie wiem jaką do końca postać przybiorę wobec nich. Nie mogę być w całości sobą, spróbuję jednak przemycać jakieś moje dziwactwa. Może to przejdzie. Z pewnością o przemycaniu samego siebie wiem jednak więcej niż rok temu. Należy uderzać z pewnością siebie - kupią cokolwiek, jeśli tego cokolwiek nie poprzedza wahanie. Dziś np zapytałem "Czy Twój exodus z tego miejsca, Iwono, nosi cechę trwałości?" - coś między mną a mną-dla-nich, jesteśmy pośrodku, może kiedyś będę miał czelność nie krygować się?
niedziela, 25 października 2009
Zimnica i Jesienin w jednym spali domku
|